Archiwa tagu: smutek

Ciemna strona

Gdybym nie była sobą, to chciałabym nią być. Serio, bycie mną jest wspaniałe. Wiem, jak mam dobrze i wiem, że sporo ludzi chciałoby mieć jak ja, z tego miejsca ściskam je gorąco. Tym trudniej jest mówić o tym, że coś u mnie może grubo nie działać. Że mianowicie mam chorą tarczycę, anemię i depresję. To nie jest żaden coming out, na bieżąco pisałam o mojej chorobie na Facebooku i dostałam niesamowita ilość wsparcia. Ostatni rok przeczołgał mnie wprost perłowo i pierwszy raz naprawdę poczułam, jak to jest, gdy nie masz siły i chęci wstać z kanapy nawet na spotkanie z ukochanym człowiekiem. Albo gdy śpisz w absolutnie każdej możliwej i niemożliwej chwili, na przykład opiekując się dziećmi. I kiedy tygodniami nie odpisujesz na wiadomości lub nie odbierasz telefonu, bo to zbyt trudne. Brzmi jak nie ja, prawda? A jednak.

Nie widać, prawda?

Nie widać, prawda?

To nie był mój pierwszy epizod depresyjny, poprzednie dwa zdarzyły się w liceum i nikt ich nie potraktował zbyt serio. Tym razem, prawie dwadzieścia lat później, w grudniu zeszłego roku, potraktowałam się serio sama – ponieważ wyobraziłam sobie, że jakaś bliska osoba zwierzyłaby mi się z takiego samopoczucia. Z tej ciągłej bezsiły. Z bezsenności wieczornej i senności za dnia, z koszmarów, z ciągłego płaczu i irracjonalnych lęków. Bliskiej osobie powiedziałabym: leć z tym jak najszybciej do psychiatry, może masz depresję. Są na to pigułki.

Na szczęście faktycznie są i na szczęście mój psychiatra dobrał mi je natychmiast i skutecznie (mimo że wtedy jeszcze karmiłam piersią). Po dwóch dniach zniknęła bezsenność. Po dwóch tygodniach przestałam ciągle płakać i wciąż się czymś zamartwiać. Po trzech miesiącach, zwiększywszy dawkę, zaczęłam coś robić. Nie żeby od razu Mount Everest, ale uwierzcie, że nastawienie zmywania czy wyjście z domu to były moje osobiste Himalaje. Zniknęło to wieczne pragnienie schowania się pod kamieniem na najdalszym zadupiu, żeby już nikt nigdy nic ode mnie nie chciał. Zniknęła emocjonalna niedostępność wobec najbliższych, w tym dzieci. Wróciło libido, poprawiła się odporność.

(W międzyczasie wykryto mi i wyleczono anemię, to też było objawienie. Jedna tabletka dziennie i mózg wrócił na miejsce. Wow.)

Jestem osobą, której się mówi: „Ty i depresja? No way!”. Tyle, że każdy może mieć jebnięte neuroprzekaźniki w głowie. Każdy. Ty, twoje dziecko, twoja sąsiadka, nauczycielka, twój własny terapeuta, naprawdę każdy. Mój psychiatra powiedział, że depresja to również mechanizm obronny. Brzmi paradoksalnie, nie? Jaką obronę może dawać stan, w którym ludzie nie mają siły zadbać o zdrowie i kondycję, nie dają rady ogarniać relacji i całkiem często popełniają samobójstwa? Mój lekarz mówi jednak, że gdy człowiek tak ciągle ciśnie i jest taki silny oraz ogarnięty, to w pewnym momencie mózg może po prostu zmusić go do zwolnienia.

No zwolniłam na pewno, nie da się ukryć. Co się właściwie zadziało? Prócz, być może, jakiejś osobniczej skłonności (vide wcześniejsze epizody), kopnęła mnie przeprowadzka z Warszawy do Gdańska. Oddalenie od moich kręgów wsparcia, które powstawały przez całe życie. Do tego nadmorska jesień, mało światła w mieszkaniu (od lat mam sezonowe obniżenia nastroju) i trudności organizacyjne, które skutkowały ogromną ilością czasu spędzaną w mieszkaniu samotnie z dziećmi, z coraz bledszą perspektywą pracy zawodowej i rozwoju. W karcie lekarz wpisał „zaburzenia adaptacyjne”. Rozbawiło mnie to, bo spodziewałam się, że któreś z naszych dzieci może dostać taką etykietkę, a tu proszę. Jabłoń.

Survivor

Odstawiałam leki stopniowo, według wskazań psychiatry (to ważne). Brałam je w sumie około siedmiu miesięcy. Zrozumiałam bardzo dużo, choć wciąż nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak trudno musi być osobom chorym na depresję przez lata, czasem całe życie. Kocham Was i wspieram, Wy już wiecie, kogo. Poukładałam sobie parę rzeczy dotyczących relacji z moimi bliskimi będącymi w depresji. Co mnie kiedyś wkurzało, teraz budzi zrozumienie i tkliwość. W pewnym sensie jestem wdzięczna za ten mój epizod: sporo mnie nauczył. Jestem też wdzięczna osobom, dzięki którym nie siedziałam na kanapie udając, że to tylko jesień, ale po prostu poszłam do lekarza. Myślę, że to by się nie stało, gdyby nie kontakt z ludźmi, którzy o swojej depresji mówią i piszą wprost. I gdyby nie wiedza, jak wyglądają objawy, jaki mniej więcej jest mechanizm choroby i dlaczego leczenie zazwyczaj powinno być zaczęte lub wspomagane farmakologicznie. Oraz że leki nie zmieniają mnie w kogoś, kim nie jestem, ale przeciwnie – sprawiają, że mój mózg działa prawidłowo i znów jestem sobą. Znów jestem sobą! Chodzę na randki, gotuję, organizuję, śmieję się i kocham. Przytulam dzieci i gadam z nimi, zamiast wciąż się izolować. Chce mi się chcieć.

Jesień już się zakrada, już mam ciemno w domu, już się łapię na wewnętrznej emigracji, ale na półce stoi świeżo kupiona lampa udająca słońce, a w szafce leżą awaryjne opakowania setraliny („w razie nawrotu proszę brać od razu i dopiero potem umawiać się na wizytę”). Jeśli zakrada się i do was, poobserwujcie siebie samych, a w razie wątpliwości idźcie do lekarza. Nawet, gdybyście mieli czekać na wizytę kilka miesięcy – wiem, jak jest – to zapiszcie się, niech te miesiące już zaczną lecieć, okej?

Love.

Love, L.