Archiwa tagu: spacer

Jędrna pupa i grzeszne przyjemności

Nadal chodzę na aerobik. Nie spodziewaliście się tego, co? A jednak chodzę i czuję się coraz lepiej. Mam więcej energii i więcej siły. Jestem bardziej sprężysta. Zaczęły mi wychodzić ćwiczenia, których przedtem nie byłam w stanie zrobić. Ba, zdarzyło mi się nawet, że wyszłam z zajęć zupełnie nie zmęczona. Zaczęłam więc wykonywać ćwiczenia dokładniej. Po miesiącu całkiem przyjemnie patrzy się w lustro podczas ćwiczeń.

Kalorii nie liczę, wychodząc z założenia, że po paru tygodniach notowania wszystkiego, co jem, nabrałam już dobrych nawyków (które byłyby złymi nawykami, gdybym próbowała schudnąć, ale nie próbuję, jak wiadomo). Jednym z tych nawyków jest kupowanie jedzenia zawsze, gdy mi to choćby przejdzie przez myśl, i oczywiście konsumowanie go od razu. Śmiało poczynam sobie także z przekąskami (nigdy nie potrzebowałam szafki na przekąski, a teraz mam, co za rozpusta!) i z latte na spacerach, bo znów piję mleko, tym razem to już chyba na stałe. Latte z syropem ma dużo kalorii, a wszystko, co ma dużo kalorii, jest w mojej diecie bardzo mile widziane. Nie tyję, ale i nie chudnę, a to spory postęp. Pisząc to, pochłonęłam jakieś 100 g mieszanki studenckiej.

Jeśli chodzi o grzeszne przyjemności, to stałam się fanką internetowych zakupów. Nigdy nie rozumiałam, o co chodzi z tym kompulsywnym kupowaniem na Allegro; jest przecież tyle innych sposobów na odstresowanie się w WOLNYM CZASIE. Odkąd w zasadzie nie mam wolnego czasu (w dzień zajmuję się Lilą, wieczorem pracuję lub nadrabiam prace domowe, w nocy pracuję lub śpię), e-shopping jako sposób zrobienia czegoś miłego dla siebie stał mi się bliski. Staram się kupować rzeczy potrzebne i znajduję radość tam, gdzie nigdy bym się jej nie spodziewała. Ostatnio na przykład ogromnej przyjemności dostarczył mi nowy odkurzacz. Poważnie, do tej pory nie miałam pojęcia, co to jest porządnie odkurzone mieszkanie, bo maszyny miałam raczej z tych najtańszych. I że odkurzacz może szumieć, a nie ryczeć. Fantastyczna sprawa.

Tak więc mam zdrowo, kalorycznie, czysto (mniej więcej) i w dodatku jest lato. Kocham lato, w maju też. Kwitną jednocześnie bzy, kasztany, magnolie i forsycje. A ja chodzę wśród tych wszystkich wspaniałości na moje obowiązkowe spacerki z dzieckiem, popijam latte i opalam się na czekoladę :)

Nie mogę spać, bo trzymam brzuch

Młoda chyba przestała sypiać, a z nią i ja. To znaczy zasypiam praktycznie bez problemów, ale budzę się często i śpię źle, regularnie kopana po wątpiach. Albo znakomicie śpię, twardo i całą noc, za to z moich snów można by skleić kilka całkiem zgrabnych horrorów.

W dzień też nie śpi. Kopie, wierci się, układa. Z brzucha wyrastają mi jakieś wypustki, dziwaczne, ruchome i tymczasowe. Bardzo to śmiesznie wygląda. W dziewiątym miesiącu ciąży najbardziej niesamowite jest to, że w środku, w brzuchu, ma się już całkiem gotowego człowieka. Normalnie, dziecko – odrębny byt – tylko że we mnie, wewnątrz. Ona sobie tam siedzi, bawi się, coś sobie myśli, ma swoje nastroje, nie zawsze zależne od moich, lubi inne rzeczy, niż ja, żyje swoim rytmem. W moim brzuchu. Ogromnie to dziwne.

To 37 tydzień i mam już trochę taki syndrom, że NIC nie gotowe przecież. Łóżeczko nie skręcone, spadająca komoda nie przytwierdzona, zalana ściana w sypialni nie naprawiona. Torba nie spakowana. Nie mam kapci, szlafroka, koszul – w domu nie używam, nie zdążyłam kupić. Ubranka nie uprasowane. Pieluchy, kosmetyki – nie kupione. Nie ma wózka, wanienki, niczego nie ma, Kononowicz mode.

A jeśli jutro zacznę rodzić? Ha?

W czwartek, zamiast nawiedzać groby bliskich, pozowałam do zdjęć. Zanim się obejrzałam, minęło pięć godzin sesji. Męcząco, nie powiem, ale bardzo chciałam mieć ich trochę – na pamiątkę. Pewnie jeszcze kiedyś będę w ciąży, ale w tej wyglądam całkiem nieźle i chcę mieć na to dowody :) Dziś wybraliśmy się na spacer, także z Helly uzbrojoną w aparat. Tak się jakoś złożyło, że był to mój pierwszy jesienny spacer w tym roku. Początek jesieni przegapiłam z powodu przeprowadzki i zepsutego kręgosłupa, potem też jakoś nie było siły i czasu. Dobrze się dotlenić, choć po spacerze oczywiście padłam i spałam ponad godzinę. W ogóle codzienne drzemki wchodzą mi w zwyczaj, nie ma siły, trzeba jakoś uzupełniać deficyty. Staram się nie myśleć o tym, ile rzeczy pozostaje niezrobione, ilu ludzi – niespotkanych i tak dalej.

Dziś poza tym minęły cztery lata od dnia, gdy wybrałam się do herbaciarni z pewnym poznanym na imprezie, mrocznym gościem. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że nie tak długo potem ten gość zostanie moim mężem i ojcem mojej córeczki, postukałabym się tylko w głowę. A jednak. Okazję uczciliśmy kwiatami i czekoladą.

Motyle

Motyle w brzuchu – to bardzo trafne określenie tego, co się czuje, kiedy dziecko rośnie i zaczyna się wiercić. Coś tam bulgocze, coś się porusza i czasem nie wiem, czy burczy mi w brzuchu, czy to czyjś łokieć. Co bardziej zamaszyste ruchy Delfinka powodują podskakiwanie brzucha, lekkie uderzenia od środka czuję całkiem często. Natomiast kiedy ktoś położy na moim brzuchu dłoń, małe uspokaja się lub cofa. Kiedy jest to dłoń Caina, czuję, że dziecko staje się spokojne; zaczyna harcować natychmiast, kiedy on tę rękę zabierze, jakby gwałtownie się rozglądało, gdzie się podziało to miłe źródło ciepła. Czasem odpowie na zaczepkę, na lekkie stukanie. Z drugiej strony, niekiedy przepychamy się przez brzuch, bo chcę na przykład usunąć piętę z miejsca, w którym mnie ona uwiera – zazwyczaj pięta zostaje zabrana. Przypuszczam, że do czasu.

Jestem ogromnie zmęczona. Praca podstawowa i dodatkowa, szukanie mieszkania, pokazywanie naszego potencjalnym lokatorom, lekarze, spotkania i nie wiem, co jeszcze nie zostawiają mi czasu na odpoczynek ani na spacery, na które bardzo powinnam zacząć chodzić. Powinnam, bo mało się ruszam, nie dotleniam się, a nogi już zaczynają boleć od pracy siedzącej (początki choroby krążeniowej, jeszcze z pracy w sklepie). Spacer pomaga – w środę chodziłam półtorej godziny i wróciłam z bólem kręgosłupa, ale do rana  przeszedł bez śladu, a w nagrodę przez trzy kolejne dni nogi nie bolały mnie ani razu. Dopiero teraz zaczynają.

Tak więc trzeba znaleźć czas na spacery, na odpoczynek, na więcej snu, a także na porządne gotowanie, bo, powiedzmy sobie szczerze, jem byle co – głównie kanapki. Ale na początku tygodnia kupujemy sokowirówkę – będę robić soki z owoców i warzyw, zwłaszcza z buraków z natką pietruszki (żelazo). Podejrzewam, że to będzie dość ohydne, ale za to wiem, że skuteczne – moja siostra wyciągnęła się w ten sposób z anemii. Polecam każdemu.

Tymczasem od środy mam urlop, niezbyt długi, ale obiecujący, gdyż w czwartek zaczyna się Woodstock! Nie zamierzam się przesadnie przemęczać, być może nawet będę tylko leżeć, spacerować i jeść. Aha, no i robić zakupy. Przypomnijcie mi, że potrzebuję nowych, czarno-czerwonych kolczyków ;)

Dobry dzień

Nie szłam dziś do pracy, w związku z czym postanowiłam dobrze wykorzystać dodatkowy czas. Na początek wyspałam się na całego i, ku własnemu zdziwieniu, obudziłam wyspana o 10.30. Na spokojnie, bez pośpiechu wykąpałam się, wypiłam kawę, zajrzałam na konto i ujrzawszy sumę dodatnią, popłaciłam rachunki. Odpisałam na maile, zrobiłam porządki w teczkach z fakturami za prąd, gaz itd. Pojechałam do Urzędu Skarbowego.

A następnie – fanfary – podpisałam umowę na wynajem mieszkania. Tego, które chcieliśmy cały czas ;) Były zawirowania, ale w końcu się udało. Cieszę się jak głupia. Bardzo dziękuję wszystkim za pomoc w szukaniu, podsyłanie ogłoszeń i wsparcie moralne – jesteście wielcy!

Potem poszłam na spacer Mostem Poniatowskiego. Świeciło słońce, wiał wiatr, dołem płynęła rzeka, wszystko jak trzeba. Sądzę, że to pierwszy z wielu takich spacerów, mieszkanie po tamtej stronie Wisły będzie dobrym powodem, żeby częściej się tamtędy przejść.

A jeszcze później poszłam z przyjaciółką na obiad, złapałam w centrum wracającego z pracy Kaina, zrobiliśmy małe zakupy. Przyjęliśmy gościa, któremu chciałam dać pewien drobiazg, na którym mu zależało.

To był bardzo dobry dzień, pełen rzeczy miłych lub pożytecznych. Kończę go z poczuciem satysfakcji i pełna dobrych myśli. Czego i Wam życzę :)

Wiosna w lutym?

Przyznam, że obserwując od paru dni radosne okrzyki: „Wiosna!” wznoszone przez moich znajomych w internecie na różną nutę, byłam więcej niż sceptyczna. W końcu jest ósmy lutego, parę dni temu padał śnieg, kalendarzowa zmiana pór roku wypada za półtora miesiąca, a prawdziwa wiosna zwykle przychodzi jeszcze później, w kwietniu.

Ale byłam dziś w parku, a tam widziałam pączki na drzewach (niektórych), soczyście zieloną trawę, młode, czerwonawe lub zielonkawe pędy na krzakach, rozradowane kaczki na rozmarzniętym stawie. Czułam też zapach ziemi i młodych gałązek. I ta pogoda, jak na przyspieszonym filmie: kropi, pada, słońce świeci mi w oczy, za chwilę ciemno, pada, świeci – i tak w kółko.

Ale tym, co mnie naprawdę przekonało, był widok chmur nad Wisłą, kiedy przez Most Poniatowskiego wracałam tramwajem do domu. To nie były niskie, jednolite, bezbarwne chmury zimowe, o nie. To były szalone, skłębione, pędzące, podświetlone słońcem, rozrywane wiatrem chmury, jakie widuje się tylko wiosną i na początku jesieni.

Może zanim wiosna przyjdzie naprawdę, te pączki jeszcze parę razy skuje lód, ale teraz już wiem, że to tylko ostatnie podrygi zimy. Teraz chce mi się kwiatów, żeby mi pachniały w domu, a gdybym miała kwiaty, zrobiłabym też porządek i może nawet umyła wreszcie okna. A gdybym umyła okna, pewnie zaraz by przyszła burza i wtedy już wszyscy by wiedzieli, że zima się skończyła :)

Blipspacer

Ponieważ na zły humor nie ma jak spacer w słońcu i świeże powietrze, z przyjemnością przyjęłam propozycję rzuconą na blipie przez Królową Nocy. Dołączył Elpanda oraz Harry, który od razu zaczął sprawdzać geoskrzynki w okolicy. I tak wybrałam się na blipspacer połączony z keszowaniem. Dzieciom szukanie skarbów bardzo się spodobało, Królowej też – mamy kolejną „zarażoną” ;) Spędziliśmy przemiły dzień na słońcu, siedzieliśmy na trawie chwilami porozbierani do letnich bluzek, bawiliśmy się z dziećmi, zrobiliśmy mnóstwo zdjęć… Było super, doskonała terapia na jesienny marazm i leniwy nastrój. Dzięki :)

Wersja Królowej i kilka jej zdjęć tutaj :)

Nowe hobby: geocaching.

Geocaching to zabawa terenowo-internetowa. Polega – w uproszczeniu – na ukrywaniu w terenie tak zwanych skrzynek, które inni uczestnicy zabawy mogą następnie odnajdywać na podstawie współrzędnych i różnych podpowiedzi. W niektórych znajdują się geokrety, czyli najczęściej małe zabawki, zarejestrowane w internecie i wędrujące od skrzynki do skrzynki po całej Polsce i nie tylko. Kiedy zarejestrowaliśmy się na polskiej stronie opencaching.pl, okazało się, że w promieniu kilkuset metrów od naszego domu jest kilka takich skrzynek, a kolejne gęsto rozmieszczone w całym mieście, także w miejscach, gdzie często bywamy.

Właśnie weszłam na tę stronę i wsiąkłam na pół godziny, zamiast pisać. Ale już wróciłam. Skrzynki są różne różniste i prócz tradycyjnych bywają mobilne, wirtualne lub wymagające rozwiązania zagadki. Czasem trzeba się po nie wybrać w nocy, kopać w ziemi, wchodzić do piwnic lub spełniać dodatkowe warunki, jak na przykład kupienie dzieciom podwieczorku albo zaśpiewanie piosenki przy pomniku Osieckiej. A czasem wystarczy przejść obok kawałka ściany i niepostrzeżenie wyjąć z dziury malutki pojemniczek. W każdym razie zabawa jest przednia, satysfakcja ogromna, a i korzyści intelektualne są, bo zazwyczaj skrzynki umieszcza się w miejscach z jakiegoś powodu ważnych lub ciekawych.  Już mam pomysł na parę własnych, ale zaczekam, aż nam jakaś znacząca liczba znalezionych stuknie ;)

W zabawę wciągnął mnie Harry, który też odkrył ją niedawno.

Romans z Krakowem

Weekend był fantastyczny. Planowałam go od dobrych dwóch miesięcy, nie do końca wiedząc, co i z kim będę robić w tym Krakowie, bo zawirowania towarzyskie były szalone. W rezultacie ci, co mieli być w Krk, siedzieli za granicą, a ci, co mieli być za granicą, pozostali w Krakowie. Ja nie narzekam.

Zatrzymałam się, rzecz jasna, u Alq i Lisa. To jest niesamowite, jak ja u nich zawsze miło spędzam czas. W pięknym, dwupoziomowym mieszkaniu, gdzie zazwyczaj znajduje się dla mnie wolny pokój, a każdego z trojga gospodarzy uwielbiam, choć każdego na zupełnie inny sposób ;) Tym razem najwięcej czasu poświęcił mi A., sprawiając, że czas od piątkowej nocy do powrotu wspominam jako jedną wielką, niekończącą się przyjemność.

W piątek po przyjeździe wystroiłam się i poszłam świętować pierwsze urodziny AdTaily. Spodziewałam się dzikiego tłumu, tymczasem w dużym i zimnym klubie było może ze sto, sto pięćdziesiąt osób i ogólne wrażenie pustki. Ale był tort, piwo i kilka znajomych twarzy, między innymi Suchy, co zapewniło mi ostry trening przepony i mięśni śmiechu. W trosce o pozostałe mięśnie zaczęliśmy nawet tańczyć, ale na ten widok największa sala natychmiast opustoszała, więc więcej nie próbowaliśmy. Nie należy krzywdzić widzów bardziej, niż to konieczne.

Wróciłam niezbyt późno, jakkolwiek dwie trzecie gospodarzy już się kładło spać. Jedna trzecia, czyli A., wrócił około północy i otworzył butelkę wina. I zagadaliśmy się na amen. O trzeciej nad ranem A. wprawił mnie w zachwyt, proponując spacer. Kolejne dwie godziny chodziliśmy nad Wisłą, nadal gadając i nadal nie było nam dość. Nocne rodaków rozmowy to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Szczególnie, jeśli rodacy są przystojni, inteligentni i szarmanccy, prawda.

Świt nad wodą był zupełnie nierealny. Jak nie w mieście, jak nie na zwykłym spacerze, nie jak cokolwiek prawdziwego. Lewitowałam, zauroczona widokiem, tym przede mną i tym u boku.

Wróciliśmy o piątej, senni i trochę zmarznięci. Mężczyzna, który o piątej nad ranem szykuje dla mnie kakao z cynamonem, prawdopodobnie miałby moje serce na wieki, ale nie uprzedzajmy faktów, będzie jeszcze fajniej. Tymczasem poszliśmy spać około szóstej i gdyby nie frustrująco puste łóżko (Kain w Warszawie), zasnęłabym w ułamku sekundy.

Wstałam około południa i zaczęłam się zbierać na śniadanie z Filetem, której też wcale nie miało być w ten weekend w mieście na K. Zostałyśmy zaprowadzone na to śniadanie, a jakże, przez A., który wpałaszował jakąś ogromną porcję czegoś z pewnością nie nadającego się na śniadanie dla dam. My jadłyśmy sałatki. Następnie poszliśmy na Planty, a gdzieś w międzyczasie rozpadł mi się but. Japonki z HaEmu miałam na sobie pierwszy raz od ich nabycia i najpierw trochę się zdenerwowałam, ale potem, rada z pretekstu, pomykałam po bruku na bosaka. Uwielbiam chodzić boso.

Posiedzieliśmy na ławeczce, odprowadziliśmy Fileta kawałek w stronę dworca, a potem poszliśmy po kolczyki. Kolczyki z Floriańskiej są stałym elementem moich wypraw do Krakowa – tym razem kupiłam turkusowe koty. A potem znów łaziliśmy i łaziliśmy, A. zatrzymał się na rynku i kupił mi kwiatek, potem zaprowadził na kawę… Skończył się upał i zaczął deszcz, kompletnie mi to nie przeszkadzało, byłam w ulubionym mieście, miałam kawę, kwiaty, towarzystwo i poziom endorfin, który wystarczyłby do obdzielenia średniej wielkości wsi. Żeby ten wpis nie zamienił się płynnie w opis zalet mojego towarzysza powiem tylko, że do końca weekendu każda spędzona razem chwila była na wagę złota, a i to nie wiem, czy bym się zamieniła. Z tego więc miejsca, jeśli Waćpan to przeczytasz, składam dzięki.

Wieczorem było blipiwo, dość kameralne, ale bogate w ten, zawierający się w nazwie, napój – podobno sto rodzajów piwa, osobiście mogę ręczyć za kilka rzadkich, a świetnych. Knajpa nazywa się Smocza Jama i promuje się wzorowo – nie tylko mają profil na blipie i wolny stolik w sobotę wieczorem, ale także zaserwowali nam wiśniówkę i miętówkę na koszt lokalu. Mam szczerą nadzieję, że Blipowicze z Krakowa pozostaną wierni knajpie, która tak ładnie zaczęła znajomość.

W niedzielę leniwy poranek, domowy obiad i kolejny długi spacer po słonecznym, upalnym mieście.
Do Warszawy wracałam stęskniona, ale i z lekkim żalem. Kto wie, ile jeszcze rzeczy mogłoby się zdarzyć, gdybym została troszkę dłużej? :)

Maj pachnie

Skoro nie macie nic do powiedzenia na mało elegancki temat, który poruszyłam wczoraj, to pora zatrzeć niemiłe wrażenie i napisać coś o dupie Maryni. Ale widzę, że czytacie, a to dobrze, gdyż poprzedni temat jest ważki i trzeba go nagłaśniać, zanim wszyscy zamienimy się w chore jednostki w uciskowych rajstopkach.

Siedzę przy moim wielofunkcyjnym, kuchenno-gabinetowym blacie roboczym i strasznie mi się nie chce wstać i iść do sklepu. Zwłaszcza, że właśnie spożyłam śniadanko, dobrze zasłużone czterema godzinami pracy i negocjacji. Ale. Dobrze wiem, że kiedy już wyjdę, z kolei nie będzie mi się chciało wracać.

Albowiem gdyż ponieważ jest wiosna! Już do jakiegoś czasu, ale ja nadal się napawam. I ona, wiecie, PACHNIE. Konwalie. Bez. Liście. Ziemia. Deszcz. Trawa. Wszystko pachnie jak dzikie, w tym także dęby, które właśnie kwitną, moje łzawiące oczy są tego pewne. Ale dęby też kocham, muszę tylko pamiętać, żeby nie przystawać w pobliżu, a wychodząc z domu, przemykać szybko moją ulicą, na której pysznią się szypułkowe pomniki przyrody.

Nie nadążam. Znów nie kupię wszystkich rodzajów kwiatów do domu, zanim skończy się sezon, nie nawącham się wiosny, zanim zacznie się (jeszcze bardziej cudowne) lato, nie ponoszę pończoch, zanim będzie na nie za gorąco. Poza tym przydałoby mi się małe dziecko w charakterze pretekstu do spędzania całego dnia na dworze. Nawet sobie nie pójdę z laptopem pracować, bo co chwilę sprawdzam coś w internecie, a nie mam takiego przenośnego.

Ale nie marudzę. Zachwycam się. Wącham. Robię ogórki małosolne (pierwszy raz w życiu; wyszły niezłe). Czekam na truskawki. Kupuję kwiaty i umawiam się na spacery. Maj to cudowny miesiąc.