Archiwa tagu: uroda

Polubić swoje ciało

Postanowiłam przestać narzekać na swoją figurę. Uprzedzając komentarze – tak, wiem, że większość kobiet śni o krwawej zemście na mnie za sam fakt, że jestem chudą zdzirą. Mam nadzieję, że budzą się potem pokrzepione. Osobiście wolałam swoje ciało sprzed ciąży (kto by się spodziewał), dziesięć procent cięższe, bardziej krągłe, gładsze. Czułam się lepiej i uważam, że lepiej wyglądałam. Po urodzeniu córki kolejne tracone kilogramy sprawiały, że bałam się o swoje zdrowie. A widok w lustrze nie pocieszał, zatroskane komentarze przyjaciół też niezbyt.

Prawda jest jednak taka, że czuję się dobrze. Jestem w dobrej kondycji, pierwszy raz od dzieciństwa regularnie ćwiczę, a efektem tego jest gibkość, jakiej nie znałam dwa lata temu. Nie jestem zbyt silna, nie przestałam mieć problemów z kręgosłupem, ale łatwiej wstaję rano z materaca, a moje ciało jest zwarte, giętkie i, ku mojemu zaskoczeniu, umięśnione. Nie tak, że to widać, więc sama nie zauważyłam – ale tak, że czuć, więc poczuł i pokazał mi mój mąż. On też codziennie udowadnia mi, że podobam mu się taka, jaka teraz jestem, a przez to pomaga mi poczuć się piękną na nowo.

Waga pokazała ostatnio 50 kg i przez parę dni martwiłam się, że lada moment zobaczę czwórkę z przodu. A potem pomyślałam, że, kurczę, jestem zdrowa, sprawna, atrakcyjna i naprawdę nie ma potrzeby robić dramatu wokół paru wystających żeber. Niech sobie wystają, do towarzystwa moim nowym mięśniom brzucha, nowej talii, a przede wszystkim – do towarzystwa mojej córce. Bo moje nowe ciało to część bycia mamą, naturalna tego konsekwencja. I nie jest to, jak sądzę, cena wygórowana.

Tak więc od dziś przestaję narzekać na figurę, uczę się zaś na nowo kochać widok w lustrze. Czego i Wam życzę :-)

Nieładnie

Chudnę. Nie jem. Nie bardzo mam czas szykować sobie posiłki. To znaczy jem śniadanie i obiadokolację, a pośrodku jakieś tam kawałki marchewki albo jabłka, które szykuję Lichu. Dawniej to by mi spokojnie wystarczyło, ale teraz nie wystarcza.

Raz na jakiś czas zauważam nowy szczegół w swoim wyglądzie: sterczące kości ramion, wystające biodra, coraz cieńsze ręce. Do kompletu brzuch, który nie doszedł do siebie, mięśniom przydałoby się sporo pracy, skórze także. 5 kg temu wyglądało to całkiem OK, ale gdy schudłam, już nie wygląda. I robi się tak, że nie lubię już przyglądać się sobie w lustrze. Bez lustra też nie bardzo.

Jeśli kusi Was, by skomentować, napiszcie po prostu, jak Waszym zdaniem mogę zadbać o dietę. Ograniczenia są takie: naprawdę całkiem nie mam czasu & nie mogę jeść w ciągu dnia nic, czego nie dałabym niemowlęciu (jogurty smakowe/z cukrem/z niewiadomoczym, przekąski, batony, bakalie, ciastka).

Jędrna pupa i grzeszne przyjemności

Nadal chodzę na aerobik. Nie spodziewaliście się tego, co? A jednak chodzę i czuję się coraz lepiej. Mam więcej energii i więcej siły. Jestem bardziej sprężysta. Zaczęły mi wychodzić ćwiczenia, których przedtem nie byłam w stanie zrobić. Ba, zdarzyło mi się nawet, że wyszłam z zajęć zupełnie nie zmęczona. Zaczęłam więc wykonywać ćwiczenia dokładniej. Po miesiącu całkiem przyjemnie patrzy się w lustro podczas ćwiczeń.

Kalorii nie liczę, wychodząc z założenia, że po paru tygodniach notowania wszystkiego, co jem, nabrałam już dobrych nawyków (które byłyby złymi nawykami, gdybym próbowała schudnąć, ale nie próbuję, jak wiadomo). Jednym z tych nawyków jest kupowanie jedzenia zawsze, gdy mi to choćby przejdzie przez myśl, i oczywiście konsumowanie go od razu. Śmiało poczynam sobie także z przekąskami (nigdy nie potrzebowałam szafki na przekąski, a teraz mam, co za rozpusta!) i z latte na spacerach, bo znów piję mleko, tym razem to już chyba na stałe. Latte z syropem ma dużo kalorii, a wszystko, co ma dużo kalorii, jest w mojej diecie bardzo mile widziane. Nie tyję, ale i nie chudnę, a to spory postęp. Pisząc to, pochłonęłam jakieś 100 g mieszanki studenckiej.

Jeśli chodzi o grzeszne przyjemności, to stałam się fanką internetowych zakupów. Nigdy nie rozumiałam, o co chodzi z tym kompulsywnym kupowaniem na Allegro; jest przecież tyle innych sposobów na odstresowanie się w WOLNYM CZASIE. Odkąd w zasadzie nie mam wolnego czasu (w dzień zajmuję się Lilą, wieczorem pracuję lub nadrabiam prace domowe, w nocy pracuję lub śpię), e-shopping jako sposób zrobienia czegoś miłego dla siebie stał mi się bliski. Staram się kupować rzeczy potrzebne i znajduję radość tam, gdzie nigdy bym się jej nie spodziewała. Ostatnio na przykład ogromnej przyjemności dostarczył mi nowy odkurzacz. Poważnie, do tej pory nie miałam pojęcia, co to jest porządnie odkurzone mieszkanie, bo maszyny miałam raczej z tych najtańszych. I że odkurzacz może szumieć, a nie ryczeć. Fantastyczna sprawa.

Tak więc mam zdrowo, kalorycznie, czysto (mniej więcej) i w dodatku jest lato. Kocham lato, w maju też. Kwitną jednocześnie bzy, kasztany, magnolie i forsycje. A ja chodzę wśród tych wszystkich wspaniałości na moje obowiązkowe spacerki z dzieckiem, popijam latte i opalam się na czekoladę :)

Papiloty

Było tak, że umówiłam się z sąsiadką na basen. Ten słony. We dwie raźniej, a sama to się nawet do sauny wstydziłam pójść. Bo jeszcze nigdy nie byłam, taka mało światowa jestem. No i ona, sąsiadka, nie sauna, przyszła po mnie rano. Niedawno wstana, ubrana normalnie, nieumalowana.

I wyglądała jak pieprzony milion dolców.

A ja w mentalnych papilotach i realnych nie umytych włosach, w ciuchach, które chwilę temu wydawały się w porządku (czyste, nie bardzo stare), na szybko oskrobana maszynką do golenia, żeby nie było wstyd w kostiumie. (I starsza o blisko dekadę, tak.)

Poszłyśmy na ten basen, popływałyśmy, weszłyśmy do sauny suchej i do sauny parowej, a nawet oblałyśmy się wiadrem zimnej wody. No, niecałym. Wracając kupiłyśmy sobie kosmetyki – dla samopoczucia – i ciastka – dla urody. Było bardzo fajnie, bo ja moją sąsiadkę ogromnie lubię.

A gdzieś po drodze zrobiłam mocne postanowienie: nigdy więcej papilotów.

 

Pajacyk

Aerobik jest dwa razy w tygodniu. Chodzę, to znaczy byłam na razie trzy razy i zamierzam kontynuować. Klub jest tylko dla kobiet, a te konkretne zajęcia – tylko dla mam z niemowlakami. Zaraz po aerobiku dla ciężarnych. Każda pani ma ze sobą małe dziecko, kładzie je na macie, daje jakiś gadżet do zabawy i jedziemy. Skoki, skłony, wymachy, sama nie wiem co, ale wszystkie laski robią to bardzo ładnie. Ja natomiast wyglądam jak patyczkowy pajacyk na sznurku. Łapki mi latają, nóżki podrygują. Kości sterczą. Nie nadążam. Nie znam terminologii. Nie umiem brzuszków, gubię małą piłkę, spadam z dużej, tracę równowagę. Mylą mi się strony, bo raz patrzę na prowadzącą, raz w wielkie lustro. Okazało się też, że w ogóle nie mam poczucia rytmu i koordynacji, gdy trzeba ćwiczyć na raz rękami i nogami. Oraz robię wdech tam, gdzie ma być wydech i odwrotnie.

Wszystko to nie robi mi najlepiej na miłość do własnego ciała, ale dosyć mobilizuje. Zakładam bowiem, że od aerobiku nie schudnę, lecz nabiorę kondycji, a przy odrobinie szczęścia może także nieco mięśni. Troszeczkę, nie chcę dużo.

Ej, a może tam mają wyszczuplające lustra? Powiedzcie, że mają! Ale nie, inne panie w odbiciu też wyglądają ładnie. Nie grubo, nie chudo. Aerobowo.

No ale. Okazuje się, że aerobik bardzo mi się podoba, choć nigdy w życiu bym się tego po sobie nie spodziewała. Nawet jestem w stanie dla niego wstać godzinę wcześniej i szybko ogarnąć nas obie, choć zwykle śpimy do 10, a do południa leniuchujemy. Wreszcie poczułam tego kopa, którego daje aktywność fizyczna, choć te zajęcia nie są jakieś kompletnie wypluwające, można potem jeszcze żyć. Pewnie specjalnie, żeby adeptki nie padły tam, gdzie stały, porzucając przychówek. Zjadam potem coś dobrego, wypijam dużo wody i jestem jak nowa. Po trzecich zajęciach już mi się prawie nie trzęsą nogi ;)

Dla odmiany – notka pozytywna

Ludzie mnie komplementują bez opamiętania. Bliscy i dalecy, obcy i znajomi – wszyscy zgodnie utrzymują, że świetnie wyglądam w ciąży. Co najmniej raz dziennie ktoś mi mówi, że ciąża mi służy i że promienieję.

Odpowiadam niezmiennie, tonem koniecznie afektowanym, że milość mnie opromienia.

Fakt, czuję się nieźle. Jestem szczęśliwa, a posiadanie najbardziej troskliwego i czułego męża na świecie na pewno nie szkodzi ;) Oczywiście, patrząc w lustro, oscyluję między „jest super” a „gdzie moja figura?!”. W chwilach optymizmu ogromnie się cieszę z komplementów, w chwilach pesymizmu – mam nadzieję, że to nie jest próba pocieszenia mnie i ukrycia, że, stara, nie jest najlepiej.

Ale nie ustawajcie ;)

Furgony z erami, wagony eonów

Pilnie przyjmę dostawę wolnego czasu. Po imprezowo-wypoczynkowym weekendzie w Krakowie nastąpił powrót do normalności, która okazała się bogata w zajęcia zawodowe i dodatkowe. Raz, że trzeba nastukać trochę kasy, więc staram się pracować jak najwięcej, a dwa że jakoś wszyscy mają urodziny/imieniny/parapetówki/niewiemcojeszcze w styczniu. Jesteśmy w związku z tym zaproszeni na jakieś pięć tysięcy imprez i niestety większość z nich organizują ludzie, których naprawdę lubimy na tyle, żeby nagiąć nieco nasze godziny snu.

Tymczasem wyjście z takiej imprezy przed drugą w nocy jest trudne, bo każdy pyta, co tak wcześnie i czy ty naprawdę zamierzasz iść spać, kaman, życie prześpisz. No prześpię, trudno, za to wolniej się zużyję. Jak żółw. Żółw przesypia dwie trzecie życia, znaczy hibernuje, i podobno hodując żółwia w domu trzeba go hibernować w lodówce, bo inaczej zużywa się za szybko i nie żyje sto lat, tylko na przykład 40. To ja wolę spać czasem, wątrobę i inne narządy wewnętrzne oszczędzać, choć znam takich, co trzy imprezy dziennie, praca, dom i jeszcze mają siłę. Trochę zazdr, a trochę, że w sumie po co? Dłuższe przebywanie wśród ludzi męczy mnie psychicznie i zaczynam się robić wredna, więc chyba nie warto.

W ogóle to zaczęłam tę notkę pisać wczoraj rano, podczas gdy miły pan wpuszczał mi kolorowe tusze w skórę na plecach. Było fajnie, ale miałam lekkie problemy z koncentracją („myśl, że to depilacja, to łatwiej wytrzymasz”). A że potem pojechaliśmy via sklep na pierwsze urodziny Konstantego, a potem na podwójne urodziny kolegów, a potem to już trochę „pandłam” (jak mawia mój dwuletni podopieczny), więc kończę dziś. Tatuaż jest przepiękny, ale na razie nie będę tu wrzucać zdjęć, niech się wygoi.

Dziś dzień siedzenia w domu, sprzątania, milczenia, wyrzucania choinki – bo żałosny drapak się z niej zrobił – i chyba pracowania, bo przypomniałam sobie, że mam coś do napisania na jutro. Tymczasem niemrawo klikam w klawiaturę i czekam, aż Kain mnie od niej oderwie śniadaniem. No tak, wiem, że jest piętnasta i to pora raczej na obiad, ale ojtam.

O, kanapki! :)

Savoir habiller

Wczoraj poczytywałyśmy z Młodą dla rozrywki podręcznik dobrych manier. Z rozdziału o strojach wynika jasno, że jest ze mną źle. Fatalnie wręcz. Nie mam dwóch żakietów (jedynie sztruksową marynarkę, zdecydowanie nieformalną). Nie mam kompletu spódnic do kolana. Ani zestawu bluzek pasujących pod garsonkę (chyba, że topy z h&m się liczą). Z całą pewnością nie posiadam zapasu rajstop (noszę pończochy) ani też dwóch par czółenek na płaskim obcasie. Mam za to jedną suknię wieczorową, absolutne minimum, zdaniem podręcznika.

Z Kainem też jest niedobrze. Nie posiada dwóch garniturów, kompletu przynajmniej siedmiu koszul i tyluż krawatów (ja mam krawaty, ale nie wiem, czy mu pożyczę), ani dwóch dodatkowych, mniej formalnych marynarek.

Jesteśmy źle wychowani. Wydało się.

Nie będę sobie warkocz trefiła…

…tylko mężowi co rano.

Kain postanowił ściąć włosy. Siwa stwierdziła, że to objaw dojrzałości i każdy do tego dorasta, ale nie jestem całkiem pewna, czy wygolone boki i warkocz na czubku pasują do tej teorii. W każdym razie mój mąż myślał o zmianie fryzury od dość dawna, ja zaś byłam sceptyczna, bo uwielbiam długie włosy u mężczyzn (a u niego szczególnie). Ostatecznie jednak ładnemu we wszystkim ładnie i przecież nie porzucę takiego fajnego faceta tylko dlatego, że zmienił fryzurę.

Poszliśmy więc razem do fryzjera, w dodatku hazardownie, bo nie do mojej ulubionej Ani, tylko do nowego salonu fryzjerskiego na Pradze. Fryzjerka myślała początkowo, że dziewczyna przyjmująca telefoniczne zapisy żartuje sobie z niej: „Przyjdzie jakiś facet, żeby mu ogolić głowę i zrobić warkocz”. Ale pojawiliśmy się tam i potwierdziliśmy zamówienie, i trzeba przyznać, że pani Sylwia podeszła do sprawy z fantazją. Zaprezentowała nam różne sposoby zaplatania włosów, zaproponowała, żeby za jakiś czas na odrastających bokach wygolić wzorki i zrobiła na koniec śliczny warkocz dobierany.

No i teraz ja mu muszę ten warkocz pleść co rano, bo trudno jest robić sobie taką fryzurę samemu. Wstaję więc kwadrans wcześniej, a Kain ma jeszcze gorzej, bo jeśli chce mieć zaplecione włosy, to musi się ruszyć z łóżka, zanim ja wyjdę do pracy (chwilowo wychodzę wcześniej, niż on). Pierwszego dnia zajęło mi to chyba z godzinę, bom nienawykła. Szczęście, że to była sobota. Zaczynałam cholerny warkoczyk ze sto razy, klnąc przy tym jak szewc. Szybko jednak nabrałam wprawy i teraz zaplatam w parę minut. Zastanawiam się tylko, czy to znaczy, że koniec z samotnymi wyjazdami na więcej, niż dwa dni? No bo jakże tak – męża bez zaplecionych włosów zostawić ;P

Poniżej – efekt pracy pani Sylwii. Staruszki przechodzą na ten widok na drugą stronę ulicy, a prascy kolesie zaciskają pięści. Gumkę zamieniliśmy potem na czarną.

Piękny weekend

Minione trzy dni były fantastyczne. W piątek zdecydowaliśmy się ostatecznie na wspominane już mieszkanie. Jestem szalenie podekscytowana i mogłabym już się pakować, ale przeprowadzamy się dopiero na początku kwietnia, więc może się wstrzymam. Choć robię małe kroczki: umawiam się z ludźmi na odbiór ich rzeczy, zrobiłam porządki w szafie. W sobotę zorganizowałam małe spotkanie, na którym goście dobrani byli według specjalnego klucza: wyłącznie kobiety w moim rozmiarze lub mniejsze. Przy winie i akompaniamencie radosnych dziecięcych wrzasków udało mi się z trzech toreb ubrań, których nie noszę, zrobić jedną, a przy okazji zarobić miniówę i bluzkę. Jestem usatysfakcjonowana!

Z tej okazji już w piątek przyjechali goście z Krakowa. Spędziliśmy z nimi naprawdę miły czas, a ugotowany w niedzielę przez Argaska obiad zrobił mi lepiej, niż dobrze.

A w sobotę było jeszcze blipiwo,  liczne i bardzo miłe. A tam – niespodziewana wizyta A., dzięki której już po pierwszym piwie zaczęły mi mięknąć kolana. Niewymuszona tradycja widywania się co dwa miesiące została zachowana ;)