Archiwa tagu: warszawa

Na Pragie, kochana, na Pragie

Na warszawskiej Pradze mieszkam od niespełna roku i trochę przez przypadek. Pamiętam, że kiedyś dziwiłam się Duszakowi, iż kupuje tu mieszkanie, bo czemu Praga, taka niemiła okolica, problemowa, niebezpieczna. Mówił, że kocha Pragę i już nigdzie indziej mieszkać nie zamierza. No i proszę – przeprowadziłam się tutaj i mnie też trafiło. Jestem z Pragi i koniec.

„Ja nie wiem, dziecko, co ty tak tę Pragę uwielbiasz” – mówi mama. Ja też nie wiem, ale im dłużej tu mieszkam, tym więcej widzę rzeczy niesamowitych i rozbrajających :) O niektórych piszę na blipie pod tagiem #pragawita – jak na przykład o bardzo pijanym panu, który w tramwaju pytał, czy dojedzie pod Wileński i jedna pani mu odparła, że nie, musi się przesiąść. Facet posłusznie przesiadł się na koniec wagonu.

Albo o sprzedawcy w sklepie monopolowym, do którego wstąpiliśmy po mleko i który uraczył nas miejscową mądrością: „Dzielnica Grochowa najlepiej wychowa”. Wychodząc co rano z domu i mijając ostrożnie nowe szklane konfetti na chodniku trochę wątpię w tę praską prawdę, ale to nie jedyne smaczki dzielnicy. Ot, idę sobie wieczorem z pracy do domu, na Gocławku idę chodniczkiem, a z przeciwka dwóch młodzieńców. Kurwią niemiłosiernie, o robocie sobie opowiadają. Mijamy się, oni szurają nogami, „Dobry wieczór!” mówią, i idą dalej. Albo facet w tramwaju kicha, a obca pani mu życzy „Na zdrowie”.

Albo, też w tramwaju, siedzą dwie damy w średnim wieku i rozmawiają. O ile mogę się zorientować, tematem są stare praskie kamienice i ich stan – po adresach, nazwiskach właścicieli i lokatorów, z sentymentem i żalem. „O ile mogę się zorientować” – bo choć panie mówią po polsku i bez wulgaryzmów i choć jestem rodowitą warszawianką, rozumiem tylko połowę słów, reszta to dla mnie czarna praska magia.

A twoja stara pali w piecu

Urodziłam się w Warszawie i przemieszkałam na Ochocie, w budynku przedwojennym, z sufitem na wysokości prawie czterech metrów, ale z centralnym ogrzewaniem, dwa lata, zanim moi rodzice postanowili zbudować dom pod miastem. Dom budowali latem, a kiedy już zbudowali, mieli tam piec gazowy. Skrzynka gazowa była za domem i kiedyś ciotka nakryła mnie i mego przyjaciela na podpalaniu pobliskich suchych traw i próbach zgaszenia ognia piaskiem. Ogień był czarną magią, a piasek białą, i ta biała, jak to w życiu, nieco przegrywała, a płomień coraz bardziej zbliżał się do skrzynki, na którą nie zwracaliśmy najmniejszej uwagi , bo i po co – nikt nam nigdy nie mówił, że ona jest jakoś ważna. Burę uznaliśmy za grubo przesadzoną.

Następnie moi rodzice się rozwiedli (ale bez związku z gazową skrzynką) i znów mieszkałam w przedwojennym budynku, a potem w wielkiej płycie na Ursynowie, która do dziś wydaje mi się klaustrofobiczna, aczkolwiek, co cenne, również ma centralne ogrzewanie. Później z własnej woli przeprowadziłam się do kolejnej wielkiej płyty, znów na Ochotę. Teraz jestem dumną mieszkanką Pragi Południe, wreszcie ponownie w kamienicy z uczciwej cegły, choć do sufitu również nie jest daleko. I jest centralne ogrzewanie.

Jak widać, nigdy nie musiałam palić w piecu i, co istotniejsze, nigdy nie mieszkałam w okolicy, gdzie się domy ogrzewa piecami. W bezpośrednim sąsiedztwie nadal nie mam takich domów, ale są one niedaleko, na Gocławku, gdzie spędzam trzy-cztery dni tygodniowo, opiekując się dziećmi. I po raz pierwszy w moim prawie trzydziestoletnim życiu jesień pachnie dla mnie dymem z kominów. Dym ma piękny, dymny zapach, snuje się siwo i pachnie najbardziej wieczorami, kiedy już po ciemku wychodzę z pracy w chłodne powietrze. A najlepsze jest to, że mimo mojej miastowości, niewiedzy i zawsze oczywistego centralnego, od razu wiedziałam, co to za zapach. Zapach dymu z pieca, zapach jesieni, zapach dobrze ogrzanego domu i ciepłej cegły, który tak pięknie się miesza z wonią liści.

Nie mam – oczywiście –  bladego pojęcia, czym się pali w takim piecu. Czy najlepiej węglem? Ale może najdrożej i dlatego raczej pali się zbieranymi przez całe lato kawałkami drewna, papierami, sklejką z mebli i czym tam jeszcze? Sentyment i niewyrobiony piecowo węch mówią mi, że zapach, który czuję wieczorami na Gocławku, to palone drewno. Ale od sentymentu centralnie ogrzewanej panienki z Ochoty do historycznej prawdy starych praskich kamienic jest pewnie droga długa jak Saga o Ludziach Lodu. Może dlatego tak mnie rozśmieszyły posty A., który z piecami w sąsiedztwie ma do czynienia nieco dłużej: o, ten i ten. Jakby ktoś się zastanawiał, skąd mało sentymentalny tytuł.

Notabene teraz mam najlepiej, bo prócz centralnego mamy też wspólnotę mieszkaniową, co oznacza, że w pierwszy zimny dzień jesieni pani Zosia dzwoni do pani Basi i mówi: „Basieńko, zimno, może by tak włączyć kaloryfery?” To znaczy nie wiem, czy tak to było, ale grzali już od pierwszych wrześniowych chłodów. Za co im chwała.

Klucz do międzyczasu pilnie kupię

Nie za bardzo wiem, jak i kiedy to się stało, ale pracuję po 12 godzin dziennie. Lubię swoją pracę i lubię dzieci, którymi się zajmuję, ale muszę przyznać, że po tych 12 godzinach wracam ledwo żywa. Co więcej, garstka rodziców grozi, że też mnie zatrudni, jeśli tylko znajdę czas. Za to zleceń copywriterskich jak na lekarstwo. Szykuje mi się jedna fajna współpraca, muszę tylko jakimś cudem znaleźć się na jeden dzień pod Częstochową.

O dziwo i na szczęście mam jeszcze wolne weekendy, które poświęcam na intensywny odpoczynek. Tak intensywny, że wczoraj rano lewo się zwlekłam z łóżka ;-)

Cały ten stan potrwa do końca miesiąca, a potem nic nie wiadomo. Dobra wiadomość jest taka, że możliwości mam wiele, a zła taka, że do ostatniej chwili nie będę wiedziała, na czym stoję. Najbardziej chciałabym, żeby moja firma zaczęła porządnie zarabiać, wciąż bowiem moim celem i marzeniem jest praca w domu (albo gdziekolwiek akurat się znajdę z moim netbuczkiem), w godzinach, jakie mi samej będą najbardziej odpowiadać. Niestety ciągłe szukanie nowych zleceń jest nieco męczące. Jednak raz na jakiś czas zlecenia znajdują mnie same i to są te miłe momenty.

Poza tym dojrzałam do zmiany miasta. Kain już dawno proponował przeprowadzkę do Krakowa, ale ja nie chciałam wyjeżdżać. Jednak im częściej A. robi sobie dwu- lub jednodniowe wypady z miasta na K. w góry, tym bardziej mu tej bliskości gór zazdroszczę. Stąd to wielka wyprawa, stamtąd tylko wycieczka. W międzyczasie jednak Kain zmienił zdanie. Pertraktacje trwają, do września zapewne podejmiemy jakąś decyzję.

Lazy saturday c.d

Dobra, przepraszam Was za tę wczorajszą nibynotkę. To dlatego, że cały dzień chciałam opisać sobotę od A do Z, bo ten dzień był tak obfitujący w durne zbiegi okoliczności i krótkie, acz zabawne historie, że koniecznie chciałam się podzielić. A potem zabrałam się za pisanie o północy i po winie. Takie są skutki nadużycia, drogie dzieci.

W MediaMarkt doradzał nam pan, którego – bardzo nieładnie – oceniłam po wyglądzie. „Wie wszystko o komputerach, a po godzinach bawi się linuksem” – tak sobie pomyślałam, i z tego miejsca proszę o wyrozumiałość, zwłaszcza informatyków i linuksowców. Facet wyglądał jak nerd, ok? Jakież było moje zdumienie, kiedy – nie bardzo wiem, jak to się stało – zaczął opowiadać o swoim motocyklu, a potem o skuterze, na którym przejechał osiem tysięcy kilometrów po Europie. Piękna historia. Spytałam, czy to nie jest męczące, taka długa trasa na skuterze. Okazało się, że jest – dla skutera, który po tych 8 000 wysiadł. Pan miał się świetnie :)

Wieczorem, teraz uważajcie, a najlepiej usiądźcie, mój własny, osobisty mąż postanowił wyciągnąć mnie na miasto. Szok. Było późno, wiało i padało, ale co to dla nas. Ubrałam się ciepło, acz frywolnie (w końcu to prawie randka!) i ruszyliśmy po przygodę: szukać biletomatu.  Ten na naszym przystanku zepsułam rano, na poprzednim – nie miał kartoników, na kolejnym nie działał (widać ktoś inny też wydał maszynie dwa polecenia na raz), na jeszcze następnym nie było biletomatu… W ten sposób odbyliśmy romantyczny spacer w deszczu, a kiedy wreszcie udało się kupić bilet, z niejaką ulgą wsiedliśmy do tramwaju, żeby przejechać nim pozostałe CAŁE dwa przystanki. Po czym Kain zaprowadził mnie, wystawcie sobie, do knajpy, o której istnieniu nie miałam bladego pojęcia. (Wyjaśniam: zwykle to ja się włóczę po mieście, a on wypoczywa przy komputerze.) Knajpa nazywa się Time Cafe, daje jedzenie, oferuje piwo Ciechan, jest miła, ładna, pojemna i – sądząc po klienteli – gay friendly, czyli same plusy.

Wypiliśmy po miodowym i poszliśmy na spacer, który jakoś zupełnie automatycznie prowadził w stronę Zakąsek. Tu miałam szansę na rewanżyk, bo Kain nie był jeszcze w Zakąskach i nie widział słynnego Pana Romana, lornety z meduzą nie spożywał, słowem, nic o życiu nie wiedział.
Wprawdzie lokal największe oblężenie przeżywał, kiedy był knajpą z widokiem na krzyż, ale i tak tłumek zauważyliśmy z daleka. Manipulując mokrym parasolem przebiliśmy się do środka. Stanęłam przy barze, potrącając łokciem jakiegoś faceta. „Przepraszam.” „To ja przepraszam.” „Krzysztof.” „Luca. Małżonek.” Krzysztof i jego kolega przyjechali z Krakowa, żeby poznać Pana Romana, co też zaraz Panu Romanowi zakomunikowali. Ów bardzo się ucieszył i uścisnął im dłonie. Przerwałam tę uroczą scenę pytaniem, czy można kartą. Pan Roman nachylił się ku mnie.
– Proszę pani – rzekł – życie uważam za gotówkę.
Po czym spoważniał i dodał formalnie: – Płatność tylko gotówką.

Chłopcy z miasta na K zapytali, czy się z nimi napije.
– Ja, proszę pana, w ogóle nie jestem spragniony – odparł Pan Roman z praską (chyba, tak mi się obiło o uszy) godnością. Pogawędka zapowiadała się na dłuższą, więc znów się wtrąciłam, Panie Romanie, jak tylko awanturkę (kto nie wie, co to awanturka, niech się pofatyguje i zamówi, osiem zeta. Gotówką). Pan Roman obrócił się zgrabnie za barem i podał mi talerzyk, o cudzie niespodziewany! z trzema awanturkami.
– Dałem pani jedną gratis, bo my się od razu zrozumieliśmy. Od razu. Że kartą nie można.
Zapłaciłam, dygnęłam (mimowolnie! kolana same mi się zgięły do dygu, przysięgam) i wyciągnęłam oszołomionego Kaina z tłumu. Chcieliśmy zjeść na zewnątrz, ale pan ochroniarz dopełnił klimatu mówiąc: „Konsumpcja tylko w środku”.

Potem było już nudno: romantyczny spacer w deszczu po nocnej Starówce, schody ruchome pod Placem Zamkowym, powrót nocnym autobusem na Pragie i pad na twarz, bo jakoś tak się zmęczyliśmy. Lorneta i meduza nadal przed Kainem, ale klimat załapał w dwie minuty. Swoją drogą fenomen Zakąsek jest naprawdę ciekawy. Nie ma gdzie usiąść, tłok jak cholera, ciągle ktoś Cię stuka łokciem i dyszy Ci w kark, głośno, wybór napojów niewielki. Ale wszystko to jest częścią niepowtarzalnej atmosfery i klienci biorą jak leci, z dobrodziejstwem inwentarza. Byle był Pan Roman, kieliszek i talerz.

Notabene w Krakowie widziałam dwie podróby Zakąsek, ktoś wie, czy mają powodzenie?

Take me away

Taki napis mam na koszulce od Izu. Duży, żółty napis na czarnym tle. Chciałabym mieć z pięć takich samych koszulek i nosić je codziennie.

Actually i am away. I chcę tu zostać. Chcę już zawsze spacerować po górach, chcę zawsze siedzieć na tej kanapie, nigdzie stąd nie pójdę. Trzymaj mnie za rękę, dokładnie tak. Nie puszczaj mnie już nigdy, bo tu jest dobrze, tu są wakacje, dystans, urlop od życia, mała stabilizacja. Nie, nie idę spać, nie ruszę się stąd, obejmuj mnie tak jak teraz, zabij wszystkie smoki, wyzwij na pojedynek każdego, kto krzywo na mnie spojrzał. Przez chwilę tak łatwo uwierzyć w każde słowo. Mów do mnie, patrz, uśmiechaj się i dziękuj, że jestem. Zawsze.

Tymczasem staram się oddychać normalnie, płakać mało, wyglądać dobrze i nie absorbować za bardzo. To ostatnie zupełnie mi nie wychodzi, ale trzeba próbować. Tymczasem potykam się na prostej drodze, wchodzę ludziom pod nogi, przepraszam nie w porę. Omijam przeszkody wielkie jak góra lodowa, żeby wpaść na kolejne, znienacka wyskakujące zza zakrętu. Albo widoczne z daleka i migoczące światłami, ale cóż, kiedy patrzyłam w inną stronę.

Tymczasem prasuję sukienki, nakładam i zmywam makijaż,  mam swoje flakoniki i pudełeczka, kobiece czary. Tymczasem kupuję kolczyki, nieudolnie próbuję trzymać fason, funduję lody i kiecki. Robię dobre jedzenie i czule się uśmiecham. Próbuję ukryć podchodzący do gardła strach. Tymczasem wracam w środę. Na pewno wszystko będzie dobrze.

Na pewno.

Dwa miasta

Rodzinna plotka głosi, że zostałam spłodzona w pociągu. Mam nadzieję, że tak właśnie było, ponieważ stanowczo czuję się dzieckiem pociągu. Jestem stworzona do tego, żeby wsiadać w pociąg i odjeżdżać. Kiedy życie staje się nie do zniesienia, najbardziej lubię wziąć niezbyt dużą torbę, kupić bilet i wyjechać.

Odległość między Warszawą a Krakowem jest idealna, żeby odpocząć. Najpierw spędzam trzy godziny w pociągu: to mój czas na myślenie. Przyjmuję go z ulgą, bo wreszcie sytuacja zmusza mnie do tego, żebym przez kilka godzin nic nie robiła. Mogę oczywiście czytać, a nawet pracować, ale w pociągu robi się to kiepsko. Najlepiej jest słuchać muzyki, patrzeć w okno, rozmyślać i łapać oddech. Kiedy dojeżdżam do celu, jestem już zmęczona siedzeniem i czekaniem, więc z rozkoszą porzucam moje miejsce w przedziale i pozwalam się zaprowadzić w jakieś inne. W Krakowie zupełnie odrywam się od moich warszawskich spraw. Na pewno chodzi bardziej o ludzi, niż o miasto (to nie miasto mnie rozpieszcza, komplementuje i poi winem), ale gdyby nie motyw drogi, nie wypoczywałabym tak doskonale. Odległość od domu, wysiłek włożony w podróż, sam fakt ucieczki od codziennego życia – to wszystko sprawia, że mój umysł zaczyna pracować inaczej, a serce inaczej bić. To małe wakacje, rodzaj resetu, po którym system działa znacznie szybciej i sprawniej.

A potem wracam: biorę małą torbę, kupuję bilet i wsiadam do pociągu. Piję okropną kawę ze styropianowego kubka, rozmyślam, piszę. Zawieszona między miastami, jeszcze trochę w Krakowie i już trochę w Warszawie, mam czas na to, żeby przygotować się do powrotu. To ogromnie ważne. Nie umiałabym ot, tak przeskoczyć od jednego do drugiego. Ale w pociągu powrót staje się czymś prostym, co dzieje się naturalnie, płynnie i nieuchronnie, i kiedy docieram z powrotem, jestem gotowa wziąć kolejny oddech i z przyjemnością zająć się codziennymi sprawami.

Aż do kolejnej, upragnionej podróży…

Vavamuffin i moje miasto

„Wada to nie to skąd jesteś man, weź słuchaj i łap to
Warto czasem spojrzeć za Barbakan, by zobaczyć miasto

Warszawa, miasto amoku
Tak to wygląda jeśli patrzysz z boku
Ale wystarczy bracie, że spojrzysz tutaj od środka
Syreni Gród piękniejszy niż Paryż na fotkach
Ze smoków to tu tylko Bazyliszek
Złota Kaczka na Tamce lubi złotą ciszę
Nike zwycięska i Nike na chodnikach
Prostytutki i gwiazdeczki, i z Wiejskiej klika
Sikalafou sikalafou sikalafou sikalafou
Moje miasto silniejsze od bomb
Sikalafou sikalafou sikalafou sikalafou
Moje miasto silniejsze od klątw
Nosimy krawaty ze trzy razy do roku
Na święta, do mamy i na śluby, daj spokój
Mówią o nas, że jesteśmy krawaciarze, a my jesteśmy bikiniarze marzeń

Wada to nie to skąd jesteś man, weź słuchaj i łap to
Warto czasem spojrzeć za Barbakan, by zobaczyć miasto

Oby tu nigdy Vava się nikomu nie pomyliła z Vivą
Choć niektóre zwierciadła oddają obraz krzywo
Spróbuj odnaleźć się po drugiej stronie lustra
A z farmazonu argumentów pozostanie pustka
Więc nie bój, nie dygaj, bo dwa kroki dalej
Na Saskerlandzie podłapiesz dobra falę
Ale to nie zaproszenie na galę
Tylko na Vava git balet, pamiętaj!
Z pustego to nie napije się sam Salomon nawet
Granda polewa tu do pokala, by toast był za Vavę
Bo my tu tak powitamy każdego, kto nie wierzy nam na Boga
Że tu się żyje bosko, ale w ostrogach
Ty radio nagitaruj na dobrą falę
Wbijaj na Kępę i do rana z nami szalej
Dobre wibracje wynieś ponad skandale
I poczuj ten Vava git balet, pamiętaj!”

Moje miasto

Mieszkam w brzydkim, połamanym mieście, którego nikt nie lubi. Na pierwszy rzut oka jest szarobure, śmierdzące i pełne niezrozumiałego pośpiechu. Na drugi rzut oka niewiele się zmienia, coraz bardziej natomiast dostrzega się panujący tu chaos, szczególnie architektoniczny. Warszawa nie jest elegancką damą w klasycystycznej sukni, jak europejskie miasta ulubione przez turystów (w tym przeze mnie). Bynajmniej. Warszawa jest kobietą po przejściach, w kombinacji modnych ciuszków, starych szmat i udawanych przedwojennych aksamitów.

Nic w tym dziwnego. Jedyne europejskie  miasto, które podczas wojny było planowo, systematycznie burzone, podpalane i wysadzane w powietrze, i które po wojnie zostało odbudowane w pośpiechu, przez przerzedzoną ludność, nie tyle bez planu, co na podstawie wielu planów na raz – takie miasto nie może być ani piękne, ani normalne. Musi być szalone, chaotyczne, dziwaczne. Pełne blizn i dziur, które nikogo za bardzo nie obchodzą. Kilkadziesiąt lat komunizmu też nie pomogło; od 1989 roku miasto, jak cały kraj, bogaci się, remontuje, pudruje i stroi. Od niedawna buduje się z głową i trochę szerszym planem, rekonstruuje już nie bezmyślnie, dopasowuje elementy układanki, ale moje miasto nigdy nie będzie wypieszczonym parkiem, jak Paryż – raczej kawałkiem zapuszczonego ogrodu, który często zmieniał właścicieli.

Ale ja kocham Warszawę. Znamy się jak zły szeląg, ona i ja. Tu są moje miejsca, moje dźwięki i zapachy. Wiem, gdzie zjeść, gdzie wypić, gdzie iść na spacer. Idę przez nocną Pragę i nie boję się. Zaczytam się w tramwaju, ląduję zupełnie nie tam, gdzie chciałam i wiem, co robić, z każdego miejsca mam wiele dróg do domu, to siedzi gdzieś w głowie, we krwi. Jestem u siebie. Kocham jej chaos i szaleństwo i nie wiem, czy mogłabym mieszkać gdzieś indziej. Bez tego morza świateł, które widać, kiedy się nadjeżdża pociągiem od wschodu? Bez smaczków językowych: starych warsiaskich słówek i nowych pojęć z warszawki? Bez charakterystycznego dźwięku starych, czerwonych tramwajów?

No nie wiem.