Archiwa tagu: weekendy

Żyję, żyję

Cisza na tym blogu nie znaczy wcale, że nic się u mnie nie dzieje. Przeciwnie, jak na matkę niemowlęcia, które nie lubi spędów, prowadzę dość szalone życie towarzyskie. Spotykam się z innymi mamami, bywam na imprezach – często z dzieckiem, czasem bez – zdarza mi się też urwać gdzieś samej. Dwa tygodnie temu byłam w Oceanie Spokojnym – centrum relaksu, gdzie zamknęłam się w kapsule ze słoną wodą i dryfowałam w niej bitą godzinę. Tydzień temu pojechaliśmy do teściów pod Warszawę. A w ostatni weekend zaliczyliśmy trzy imprezy: najpierw w trójkę, potem w podgrupach podzielonych według płci, a następnie sami dorośli. Na przyszłą sobotę mamy pięć zaproszeń; z konieczności wybraliśmy jedno, ale i to może okazać się zbyt wiele dla naszej lubiącej spokój córki.

Dziś natomiast Cain jest pierwszy dzień w nowej pracy, Licho zostało zaszczepione, a ja noszę, bujam i zaciskam zęby. I od trzech godzin wieszam jedno pranie. To może pójdę i dokończę, życzcie mi szczęścia.

Kac pourlopowy

Jestem sentymentalną gęsią i zawsze, kiedy wracam z gór, mam łzy w oczach. Albo, kiedy bardzo się staram trzymać fason, mam je w zapasie, gotowe sypnąć się jak groch, kiedy tylko o tym pomyślę. Kiedy byłam mała, stałam w oknie pociągu i robiłam górom „pa, pa”. Teraz zakładam słuchawki, odwracam się do szyby i obracam w myślach to, co było miłe. Ale kac zostaje, dręczy mnie spleen i tęsknota, chcę wracać oraz zdaje mi się, że tam wszystko było Dobre, a tu wszystko jest Złe i Brzydkie.

Zamiast jednak nurzać się w rozpaczy, rzuciłam się od razu w wir pracy, która tak jakby w nosie ma moje humory. Ponieważ w autobusach i pociągach słabo grzeją, podpieram się gripexem. Na pulpicie komputera mam zdjęcie z Połoniny Wetlińskiej i zawsze, kiedy go włączam, robi mi się miło. Nocą śnią mi się Bieszczady. I tak to jakoś leci, ale coraz bardziej myślę, jak tu skombinować na następny raz dwa tygodnie, albo chociaż tydzień. Bo takie weekendowe wyjazdy, choć fajne, pozostawiają straszne poczucie niedosytu.

Bieszczady jesienią

Pojechaliśmy. Wolałam nie cieszyć się na zapas, bo wiadomo, jak to bywa. Ale jednak się udało. W czwartek po południu byliśmy w Wetlinie, a że do zachodu słońca zostało mało czasu, pozwiedzaliśmy sobie miejscowość (to znaczy: przeszliśmy szosą dwa kilometry, czyli prawie całą długość wsi, potem napiliśmy się grzańca w jednej z tamtejszych świetnych knajp i wróciliśmy). Nazajutrz za to miałam zamiar spełnić swoje marzenie: obejrzeć wschód słońca ze Smereka. Podania głosiły, że zobaczymy coś w tym rodzaju.

„Ze mną nic ci nocą w lesie nie grozi”, powiedział niskim głosem. To mnie, oczywiście, ostatecznie przekonało. Wstaliśmy o czwartej, wyszliśmy o piątej w noc rozjaśnianą księżycem tuż po pełni. Księżyc świecił mocno i widzieliśmy swoje ostre cienie. Miały to być jedyne wyraźne cienie naszych sylwetek, jakie udało nam się zaobserwować podczas tego weekendu ;) O szóstej zaczął padać śnieg, a tuż po siódmej byliśmy na szczycie i podziwialiśmy widok na wschód:

Tak więc nie całkiem się udało, ale i tak byłam zachwycona. Pierwszy raz nocą na szlaku, pierwszy raz tak wcześnie na górze, w ogóle dużo pierwszych razów. Pierwszy też raz udało mi się być w górach o tej porze roku – wcelować w piękną i krótką bieszczadzką jesień. Opłaciło się:

Zeszliśmy przez Połoninę Wetlińską, a potem żółtym szlakiem do czarnego – którym też jeszcze nie szłam – do Osady. Piękna trasa, polecam. Zabawne było to, że na szosie byliśmy około południa. Zdarzało mi się o tej porze dopiero wychodzić w góry, ale nigdy wracać :)

Nazajutrz poszliśmy do mojego ukochanego Caryńskiego, a potem znów nową dla mnie trasą na Magurę Stuposiańską. To przepiękny, mało uczęszczany szlak, cały czas w lesie, ale wcale nie nudny, przeciwnie – bardzo różnorodny. Jest też słabo oznakowany i kilka razy łatwo było źle pójść. Nie chciałabym się tam znaleźć sama podczas gęstej mgły.

A potem złapaliśmy stopa do Ustrzyk Górnych, gdzie poszliśmy na piwo z moim bratem :) Dzień wcześniej odbyliśmy w Wetlinie spontaniczne, czteroosobowe blipiwo, tak więc potrzebę socjalizacji również mieliśmy w pełni zaspokojoną. Idealnego wieczoru dopełniło wino, już w Wetlinie, we dwoje, w cichej, pustej sali Chaty Wędrowca.

Lazy saturday c.d

Dobra, przepraszam Was za tę wczorajszą nibynotkę. To dlatego, że cały dzień chciałam opisać sobotę od A do Z, bo ten dzień był tak obfitujący w durne zbiegi okoliczności i krótkie, acz zabawne historie, że koniecznie chciałam się podzielić. A potem zabrałam się za pisanie o północy i po winie. Takie są skutki nadużycia, drogie dzieci.

W MediaMarkt doradzał nam pan, którego – bardzo nieładnie – oceniłam po wyglądzie. „Wie wszystko o komputerach, a po godzinach bawi się linuksem” – tak sobie pomyślałam, i z tego miejsca proszę o wyrozumiałość, zwłaszcza informatyków i linuksowców. Facet wyglądał jak nerd, ok? Jakież było moje zdumienie, kiedy – nie bardzo wiem, jak to się stało – zaczął opowiadać o swoim motocyklu, a potem o skuterze, na którym przejechał osiem tysięcy kilometrów po Europie. Piękna historia. Spytałam, czy to nie jest męczące, taka długa trasa na skuterze. Okazało się, że jest – dla skutera, który po tych 8 000 wysiadł. Pan miał się świetnie :)

Wieczorem, teraz uważajcie, a najlepiej usiądźcie, mój własny, osobisty mąż postanowił wyciągnąć mnie na miasto. Szok. Było późno, wiało i padało, ale co to dla nas. Ubrałam się ciepło, acz frywolnie (w końcu to prawie randka!) i ruszyliśmy po przygodę: szukać biletomatu.  Ten na naszym przystanku zepsułam rano, na poprzednim – nie miał kartoników, na kolejnym nie działał (widać ktoś inny też wydał maszynie dwa polecenia na raz), na jeszcze następnym nie było biletomatu… W ten sposób odbyliśmy romantyczny spacer w deszczu, a kiedy wreszcie udało się kupić bilet, z niejaką ulgą wsiedliśmy do tramwaju, żeby przejechać nim pozostałe CAŁE dwa przystanki. Po czym Kain zaprowadził mnie, wystawcie sobie, do knajpy, o której istnieniu nie miałam bladego pojęcia. (Wyjaśniam: zwykle to ja się włóczę po mieście, a on wypoczywa przy komputerze.) Knajpa nazywa się Time Cafe, daje jedzenie, oferuje piwo Ciechan, jest miła, ładna, pojemna i – sądząc po klienteli – gay friendly, czyli same plusy.

Wypiliśmy po miodowym i poszliśmy na spacer, który jakoś zupełnie automatycznie prowadził w stronę Zakąsek. Tu miałam szansę na rewanżyk, bo Kain nie był jeszcze w Zakąskach i nie widział słynnego Pana Romana, lornety z meduzą nie spożywał, słowem, nic o życiu nie wiedział.
Wprawdzie lokal największe oblężenie przeżywał, kiedy był knajpą z widokiem na krzyż, ale i tak tłumek zauważyliśmy z daleka. Manipulując mokrym parasolem przebiliśmy się do środka. Stanęłam przy barze, potrącając łokciem jakiegoś faceta. „Przepraszam.” „To ja przepraszam.” „Krzysztof.” „Luca. Małżonek.” Krzysztof i jego kolega przyjechali z Krakowa, żeby poznać Pana Romana, co też zaraz Panu Romanowi zakomunikowali. Ów bardzo się ucieszył i uścisnął im dłonie. Przerwałam tę uroczą scenę pytaniem, czy można kartą. Pan Roman nachylił się ku mnie.
– Proszę pani – rzekł – życie uważam za gotówkę.
Po czym spoważniał i dodał formalnie: – Płatność tylko gotówką.

Chłopcy z miasta na K zapytali, czy się z nimi napije.
– Ja, proszę pana, w ogóle nie jestem spragniony – odparł Pan Roman z praską (chyba, tak mi się obiło o uszy) godnością. Pogawędka zapowiadała się na dłuższą, więc znów się wtrąciłam, Panie Romanie, jak tylko awanturkę (kto nie wie, co to awanturka, niech się pofatyguje i zamówi, osiem zeta. Gotówką). Pan Roman obrócił się zgrabnie za barem i podał mi talerzyk, o cudzie niespodziewany! z trzema awanturkami.
– Dałem pani jedną gratis, bo my się od razu zrozumieliśmy. Od razu. Że kartą nie można.
Zapłaciłam, dygnęłam (mimowolnie! kolana same mi się zgięły do dygu, przysięgam) i wyciągnęłam oszołomionego Kaina z tłumu. Chcieliśmy zjeść na zewnątrz, ale pan ochroniarz dopełnił klimatu mówiąc: „Konsumpcja tylko w środku”.

Potem było już nudno: romantyczny spacer w deszczu po nocnej Starówce, schody ruchome pod Placem Zamkowym, powrót nocnym autobusem na Pragie i pad na twarz, bo jakoś tak się zmęczyliśmy. Lorneta i meduza nadal przed Kainem, ale klimat załapał w dwie minuty. Swoją drogą fenomen Zakąsek jest naprawdę ciekawy. Nie ma gdzie usiąść, tłok jak cholera, ciągle ktoś Cię stuka łokciem i dyszy Ci w kark, głośno, wybór napojów niewielki. Ale wszystko to jest częścią niepowtarzalnej atmosfery i klienci biorą jak leci, z dobrodziejstwem inwentarza. Byle był Pan Roman, kieliszek i talerz.

Notabene w Krakowie widziałam dwie podróby Zakąsek, ktoś wie, czy mają powodzenie?

Lazy saturday

W leniwą sobotę wstałam o ósmej. Do południa zdążyłam zepsuć automat biletowy, utopić w nim dwa złote, odbyć dość szalone spotkanie z moją rodziną, robić w drobny mak szkło w moim telefonie i stracić pracę*. Nieźle jak na początek, hm? ;)

Potem postanowiliśmy wreszcie kupić sobie narzędzia pracy, bo tak jakoś wyszło, że mamy w tej chwili tylko netbuka (szalone 10 cali). Pojechaliśmy do MediaMarkt, udało nam się nie zabłądzić po drodze i już po godzinie wybrać dwa Asusy w całkiem przyzwoitych cenach. Po czym wzięliśmy proformy i ruszyliśmy do działu kredytowego. Tak się jednak złożyło, że mieliśmy w koszyku folię na telefon, a dział kredytów jest za bramkami. Tak więc złapał nas Pan Ochroniarz, zawezwał drugiego i zabrano nas do małego pokoiku, w którym za karę musieliśmy słuchać katechezy. Powaga, z radia leciała modlitwa i śpiewy i byliśmy zmuszeni ich słuchać, póki Pan Ochroniarz nie spisał Raportu. Bardzo się zdenerwowałam i nakrzyczeliśmy na siebie, ale potem się przeprosiliśmy ładnie i Pan Ochroniarz wrócił do swoich obowiązków, a my do kolejki po raty. Następnie okazało się, że nie mam wszystkich dokumentów i rat nie będzie.

To nie koniec sobotnich historii, bo potem zaczęła się część rozrywkowa, ale to już może jutro. Nie odchodźcie od telewizorów.


Od września przyjmę  intratne zlecenia lub jakieś nowe dziecko, zapraszam bardzo bardzo! :)