Archiwa tagu: wiersze

Możliwości

Co zrobić z kimś, kto coraz częściej się pojawiał
w snach, aż stał się najczęstszym w nich gościem? Obawiać
się tej częstotliwości? Tego przenikania
przez dwa przylegające do siebie naskórkami ciała

poruszane spokojnym oddechem? Bo toniesz.
Fale się zamykają. Zamókł proch ze spłonek,
wszystkie mosty przejęte, miasta oblężone,

drogami maszerują zwycięskie oddziały.
Śpisz, a on wpływa w ciebie, i jest w tobie cały,

z aparatem na zębach, owłosieniem łydek
i kruchymi biodrami. Szukać alternatyw?
Czy przyjąć, objąć, podjąć? Okryć eternitem?

Obracasz się na drugi bok, ale zostajesz,
choć wiesz, że jakieś zdanie albo partykuła
zawsze zdoła się wślizgnąć nieznanym fortelem
pomiędzy „żyli długo” a „żyli szczęśliwie”.

– Jacek Dehnel

Bezsenność, a więc Homer

„Bezsenność. A więc Homer. Naprężone żagle.
W okrętów katalogu jestem już połowie,
za stadem nieobjętym, za żurawi mrowiem,
co kiedyś nad Helladą przeciągnęły nagle.

Granice w obcej ziemi sznur żurawi kraje
osiada na królewskich głowach święta piana.
I dokąd tak płyniecie? Gdyby nie porwana
Helena, sama Troja po cóż wam, Achaje?

Ożywia wszystko miłość: morze i Homera.
I kogóż mam usłuchać? Milknie głos rapsoda
i wieszcząc wśród poszumu czarna morska woda
z hurgotem ociężałym ku wegłowiu wzbiera.”

– Osip Mandelsztam, przekład nie pamiętam, czyj

A tutaj przekład Rymkiewicza.

Ojczyzną moją jest muzyka

„Ojczyzną moją jest muzyka. A ty jesteś jak nuta rzewna,
z którą na ustach, po latach, wraca się w muzykę jak do domu.
Tylko się nie trwóż, Saskia. A możesz mi być jeszcze tak strasznie potrzebna,
że chyba tylko śmierci. Ale już cię nie oddam nikomu.

Jeżeli wszystkie niebiosa i wszystkie w nich serafiny
krzykiem tęsknoty wybłagam, by się spełniła twa chwała,
jeżeli powiem ci więcej: że jesteś ponad rubiny,
O jedno proszę cię, Saskia: – Nie bądź zarozumiała.

Pięć lat milczałem jak głaz stoczony ponad pochyłość,
pięć lat milczałem jak lód – co będzie, gdy lody popłyną?
I nagle na wargi spieczone żywą wodą upadła miłość
i rozwiązała mi język jak wino.

Słuchaj, Saskia, cokolwiek się stanie,
złotą chmurą zostaniesz w legendzie.
Bo wypisane jest ogniem na ścianie:
już cię nikt tak jak ja kochać nie będzie.

Sięgnij po nieśmiertelność, Saskia, tak jak się sięga po szmaragd,
gitarę, wstążkę lub jabłko, wysokie, rumiane ogromnie.
Gitara, jabłko przeminą. Jak komar brzęczy gitara.
Lecz ja to w księgę zamykam. Saskia, uśmiechnij się do mnie.”

Konstanty Ildefons Gałczyński
1945

Dziś już dla dam świat nie ten sam

Można mnie kupić za słowa. Pewnie nie powinnam się do tego przyznawać, ale co tam, i tak już wszyscy wiedzą, taktykę na mnie można zgadnąć w pięć sekund. Kiedy ktoś do mnie ładnie mówi, poddaję się bez walki, nie licząc walki na słowa, ale to akurat silniejsze ode mnie.

To trochę żenujące, jak łatwo mnie podbić dobrym komplementem, oryginalnym cytatem, zgrabną frazą. Są ludzie, których uwielbiam za słowa i cała reszta ich osoby mogłaby być zupełnie nieciekawa – nie, wróć, nie wierzę w nieciekawych ludzi, którzy tylko ciekawie mówią.
I wpadam jak śliwka w kompot, wpadam z deszczu pod rynnę, podkładam się jak ostatnia idiotka, bo wszystkie ładne słowa zapadają mi gdzieś głęboko. Potem, kiedy zderzają się z rzeczywistością, jestem niezmiennie (niezmiernie) zdziwiona, otwieram szeroko oczęta i mrugając pytam:
„Ale jak to? Przecież tak pięknie mówił?”

Pociesza, że nie jestem jedyna. Co ciekawe, najlepiej o tym piszą mężczyźni: Przybora (patrz tytuł), Szymkiewicz (patrz piosenka), Debergerac (w moim ulubionym z jego wierszy):

„Dziewczyna z językiem

Ona ma dar języka i słowa się do niej garną
elektryzują powietrze skacząc dokoła jak iskry
albo strzelają do góry z fajerwerkowym poświstem
względnie malują po ścianach na biało, czerwono i czarno.

I każde z nich jest kobietą. Przed szafą pełną znaczeń
staje co rano niepewne co dzisiaj na siebie włoży
czy będzie ostre jak oset czy trawą się będzie płożyć
i żadne z nich, nawet w zdaniu, nie jest ci dane na zawsze.

Ona ma dar języka. Potrafi go owinąć
w mgłę miękką o poranku. Potrafi nim zespolić
wieczór, papieros i wino

Język. W ust aureoli
jest serpentyną.
Poliż.”

Blondynka śpiewa

Na wypadek, gdyby ktoś z Was nie zorientował się jeszcze z blipa, fejsa albo skądkolwiek – nagrałam piosenkę. Sama nie całkiem wiem, jak to się stało – ot, dawno temu napisałam tekst, od dawna też chciałam, żeby ktoś kiedyś zrobił muzykę do któregoś mojego „kawałka”. Na jakiejś imprezie zgadaliśmy się z Jankiem, że on ma sporo muzyki bez tekstu, a ja odwrotnie. Wymieniliśmy się kontaktami, potem o tym zapomniałam, a potem wrzuciłam na fb swój ostatni wiersz, a Janek pod spodem mi się przypomniał.

Dalej już poszło szybko i zanim się obejrzałam, muzyka była gotowa, brakowało tylko wokalistki. Oczywiste, że w tej sytuacji musiałam spełnić kolejne życiowe marzenie i zaśpiewać :) Moim pierwszym gorącym fanem został oczywiście mój mąż, który cały następny dzień słuchał tego w pracy. Z własnej woli!

Wiem, warsztat mam nie tyle fatalny, co zupełnie nieistniejący. I wiem, że głos niezły, nawet bym się poszkoliła, gdybym miała teraz na to pieniądze. Jak kto ciekaw, to proszę bardzo. Na końcu, w ramach bonusu, można usłyszeć Janka, Kaina i kozę.

Janek: – Nie weszłaś w dźwięk.
Ja: – Ależ weszłam. Tylko dość szybko z niego wyszłam…

Poeta w czasie pisania

„Poeta w czasie pisania
to człowiek odwrócony
tyłem do świata
do nieporządku
rzeczywistości

Poeta w czasie pisania
jest bezbronny
łatwo go wtedy zaskoczyć
ośmieszyć przestraszyć

wynurzył się
wyszedł ze świata
zwierzęcego
na wędrownych piaskach
widać ślady jego ptasich
nóżek

z oddali dochodzą jeszcze
głosy słowa
ziarnisty śmiech
kobiet

ale nie wolno mu
spojrzeć
za siebie

wyrzucony na powierzchnię
pusty poniewiera się
po mieszkaniu

zakrywa twarz
na której maluje się
zdumienie
błąka uśmiech

jeszcze nie potrafi
odpowiadać
na najprostsze pytania

słyszał oddech wieczności
przyspieszony
nieregularny”

Tadeusz Różewicz

Wierszyk z przedszkolnego przedstawienia:

„Żabie kłopoty”

Pewna żaba, chociaż miła,
zmywać naczyń nie lubiła
i mówiła tak z przejęciem:
– Oj, okrrropne to zajęcie,
wolę z boćkiem jeść śniadanie,
niż na głowie mieć zmywanie!

W kuchni tworzy się bałagan
i mąż żabkę co dzień błaga:
– Moja żabciu, zmyj naczynia,
patrz co w kuchni się wyczynia!

Żabka na to mu odpowie:
– Mycie naczyń psuje zdrowie,
nie daj boże się ochlapię
i paskudny katar złapię!

Już sąsiadki proszą żabkę:
– Weź zmywaczek, żabko, w łapkę,
drugą łapką chwyćże talerz!
Na to żabka skrzeczy:  – Ależ!
Jeśli o zmywanie chodzi,
to mi na urodę szkodzi!

Mąż ją prosi, przekonuje,
ale nic już nie skutkuje…
– Przyczepili się jak rzepy,
a do naczyń trzeba krzepy,
żeby zmywać trzeba siły,
sam pozmywaj, mężu miły!

Brudnych naczyń sterty rosną…
Może tak pozmywać wiosną?
Deszczyk wiosną często bywa,
przy okazji niech pozmywa!

Mąż wyłysiał ze zgryzoty!
– Zmywasz, żabciu moja?
– Co ty! Ani o zmywaniu myślę,
najpierw chcę się kąpać w Wiśle,
po kąpieli pogadamy,
może razem pozmywamy?

Lecz jak wyszła, tak zginęła,
żabka Wisłę przepłynęła,
prosto na zielone łąki,
by tam wreszcie zbijać bąki!

Mąż zaś rzekł: – Przebrała miarkę!
Pora kupić mi zmywarkę,
co pozmywa i nie skrzeczy!
Ot i koniec całej hecy!

(Mariusz Niemycki)

Noce czerwcowe nie są po to, by spać

„Ja jestem noc czerwcowa,
królowa jaśminowa,
zapatrzcie się w moje ręce,
wsłuchajcie się w śpiewny chód.

Oczy wam snami dotknę,
napoje dam zawrotne
i niebo przed wami rozwinę
jak rulon srebrnych nut.

Oplącze was to niebo,
klarnet uczynię z niego
i będzie buczał i huczał,
i na manowce wiódł.

Ja jestem noc czerwcowa,
jaśminowa królowa,
znaki moje są: szmaragd i rubin,
a pieśń moja silniejsza niż głód.”


Całość tutaj.