Archiwa tagu: wiosna

Czilaut

Jestem imprezowym nieogarem. Jakoś mnie ostatnio nie kręci tłum i hałas. Byłam w Filotramwaju, który jak zawsze dawał radę, po półtorej godziny poszłam na koncert Roczenia, który też jak zawsze dawał radę, a po północy wróciłam do domu resztką sił, kompletnie rozjechana przez te dwa, jakże męczące, wyjścia. Tak, głównie siedziałam na tyłku i piłam wodę, a nie, że jakieś szalone balety. Jednak organizm domaga się swojej dawki spokoju, snu i tumiwisizmu.

Spotkałam dużo ludzi, którzy rzucali mi się na szyję i cieszyli, że mnie widzą. Też się cieszę, a pewnego dnia może nawet posiądę umiejętność rozpoznawania wszystkich z twarzy i imion, bo póki co – od lat – mam tak, że około piątego spotkania zapamiętuję albo nie. Inna sprawa, że  poznaję i spotykam jakieś szalone ilości ludzi, i to pomimo, że nie szlajam się po klubach. Ot, tu domówka, tam domówka, jakiś Tramwaj, jakiś Woodstock czy blipiwo. I nagle tłum znajomych, dobrych znajomych i półznajomych. Którzy się cieszą. Ludzie jednak są niesamowici – jak Rudit na przykład, z którą znamy się przelotnie z internetu, a tu nagle Ona mi pisze, że koniecznie musi mi wysłać w prezencie torbę i przypinki (trzy!) ze swoimi arcydziełami, i żadnych mi protestów. Jak przyjdą, to będę się (i Rudit) lansować na mieście.

Poza tym nuda, a jak już coś się dzieje, to akurat z gatunku „nie zapeszyć” albo „nie do publikacji”, więc musicie mi wybaczyć ;) Miałam współtworzyć komiks, ale poczułam, że mnie to nie wciąga. „Wojnę płci” także nieco zaniedbuję – jak to u mnie, początkowy zapał minął i został obowiązek małżeński; trochę też wyczerpałam listę tematów, które miałam w głowie – przynajmniej tych lżejszych, a za bardzo poważne nie chcę się brać, bo ani to nie miejsce, ani nie czuję, żebym miała do tego odpowiednie kompetencje.

Głównie pracuję, śpię i jem. Owoce i warzywa przede wszystkim, bo reszta artykułów spożywczych jakoś mnie nie wzrusza. Świeży szpinak, szparagi, pomidory, truskawki (kij, że tureckie i drogie), arbuzy. A zaraz będą kolejne dobroci i będę kupować na bazarze za grosze całe torby skarbów!

Ludzie są niesamowici

Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zdumiewać. Co i rusz obiecuję sobie, że już nic mnie nie zdziwi i wciąż zdarza się coś, o czym niby wiedziałam, że podobno czasem niektórzy tak potrafią, ale żeby w moim otoczeniu? Niee, niemożliwe. A jednak.

Przekrój jest ogromny, od małych świństewek po wielkie, ohydne świństwa i od małych przysług po wielkie, niezwykłe niespodzianki. Każda z tych rzeczy wywołuje u mnie okrzyk zdumienia. Większość świństw nie przydarza się mi osobiście – ja żyję w raju i jeśli cierpię, to na nadmiar miłości ;) Wielkie zemsty zawistnych ludzi jakoś mnie omijają (odpukać) albo szczęśliwie wypieram je ze świadomości. Kiepsko natomiast idzie mi wypieranie, jeśli idzie o moich bliskich – jeśli ktoś kopie dołki pod ludźmi, których kocham, to wściekam się tak, że ręce mi się trzęsą, zęby same się zaciskają i dziękuję Bogu & Akademii, że nie mam pozwolenia na broń. Wczoraj z tej wściekłości wyszorowałam wielkie, poczwórne okno w mieszkaniu. Miałam pisać, ale nie byłam w stanie. Teraz świat za oknem wydaje się być bliżej; nie jestem pewna, czy o to mi chodziło.

Wiedza, że siedziało się przy jednym stole i piło piwo z ludźmi zdolnymi do rzeczy podłych sprawia, iż odczuwa się niesmak nie tylko do tych ludzi, ale trochę też do siebie. Choć przecież nie mogło się wiedzieć, że akurat oni mają szczególne talenty. Jednych się jakoś od pierwszego wejrzenia nie polubiło, innych darzyło się sympatią, a teraz jakoś niezręcznie i mdło. Cóż, mówi się „spadaj” i żyje się dalej.

Dla równowagi są też przyjemne zaskoczenia, nieoczekiwane upominki od prawie obcych ludzi, nowe, miłe znajomości lub stare, pozornie dawno zakopane, ale znienacka rozkwitające.

Widać tak to już jest: wiosną roztapiają się psie kupy, ale za to słońce świeci jaśniej.

Ogłaszam wiosnę

Właściwie wiosnę ogłosiłam wczoraj, na fejsie i blipie. Jakieś dwadzieścia osób uznało za stosowne powiedzieć mi, że przecież pada śnieg i jest zima, a nie wiosna. A ona potrzebowała po prostu chwili na ogarnięcie się, skoro tak nagle usłyszała hasło do ataku. Et voilà.

Mam sukienkę, zakolanówki w paski, kolorowe kwiaty na stole (zasługa mojego nieocenionego męża, który podołał zadaniu kupienia bukietu na moje zamówienie), zapas papierowych ręczników do umycia okien (choć nie mam czasu ich umyć) i mam słońce, słońce, słońce w pokoju. I będę dziś spacerować oraz wąchać powietrze.

Wiosna.

Chcę przygody

Na co to ja ostatnio narzekałam? Ach tak, na zimno, wiosnę i zmęczenie. I brak kasy (to niezmienne).

Tymczasem wiosna jest coraz piękniejsza i coraz cieplejsza. W kwestii zmęczenia zaś, to nadal się nie wysypiam i nadal mam pierwsze wolne terminy w połowie maja.

Parapetówka przyszła i przeszła, zostało nam po niej pół lodówki alkoholu, trochę drobnych napraw w domu i bardzo miłe wspomnienia. Grono wielbicieli naszego pięknego mieszkania rośnie. Black-red party to był świetny pomysł, bardzo fajnie wyglądały grupki ludzi ubrane w te dwa kolory, gdzie nie spojrzeć. Tyle, że ciężko było o śród- i poimprezową identyfikację osób wzajemnie się nie znających: „ta w czerwonej sukience”, „ten w czerwonej koszuli” – jakoś nie działało ;)

Układamy się na tej Pradze stopniowo. Jeszcze nam się mylą godziny otwarcia sklepów, jeszcze nie znamy na pamięć tutejszych cen wina i kocich puszek, ale już czujemy się coraz bardziej u siebie. Bliskość Saskiej Kępy pomaga, poza Kępą zresztą też wszystko pachnie i kwitnie.

Ja zaś, mimo codziennego pędu, tysiąca drobnych spraw do pamiętania i załatwiania – a może właśnie z ich powodu – pragnę przygody. Teraz, zaraz, natychmiast. Czegoś miłego, nowego, emocjonującego i bez konsekwencji.

Nowe buty też mogą być.

Marudzę, bo wiosna

No wiosna. Pachnie. Kwitnie. Wieje. Pada.

Marznę. We dnie kaloryfery są zimne jak lód z powodu durnego przepisu, że jak na dworze jest powyżej 8 stopni, to nie grzeją. Kiedy na dworze jest 8, w domu mam coś koło 17 (na oko, nie sprawdzałam), a preferuję tak z pięć więcej. Na dworze też marznę, bo wiatr i w ogóle. Przenikliwie tak.

I ciemno jest. A mogłoby świecić  słońce i być gorąco! Podobno będzie w przyszłym tygodniu. Tak mówio.

W weekend jadę marznąć w Krakowie. Obiecałam tę wycieczkę Najmłodszej, której zmarznąć nie wolno z powodu zęba. Trochę nie wiem, jak my to zrobimy, no ale spoko. Poza obietnicą daną dziecku czuję głęboki bezsens jechania właśnie tam właśnie teraz.

A kasy, tradycyjnie, nie ma.

Truskawki

Czekam na nie co roku. Nie kupuję zagranicznych, nawet nie patrzę na dziesięciodekowe pudełeczka bez zapachu, kuszące naiwniaków w hipermarketach przez całą zimę. Nie, ja zaczekam, mogę się wstrzymać aż do maja albo czerwca, ale kiedy na ulicach pojawiają się pierwsze pachnące, czerwone łubianki – nie ma przebacz. Kupuję najpierw ostrożnie, pół kilo, ale potem już obżeram się nimi codziennie.

Pierwsze truskawki zawsze jem z kimś ważnym. Powinny mieć odpowiednią oprawę; najlepsza jest ławka lub trawa w pełnym słońcu. Należy je wtedy jeść prosto z reklamówki, nie umyte, ciepłe, plamiące palce sokiem.

Ale w tym roku dostaliśmy pudełko truskawek z okazji parapetówki. Nie wiem, z jakiego kraju pochodziły, na czym wyrosły i jak bardzo oburzyłoby to truskawkowych ekstremistów ;) Wiem natomiast, że pachniały jak należy, były słodkie i pyszne, a zjadłam je z Kainem w leniwe sobotnie popołudnie. Na dobry początek wiosny :)

 

Wiosna w lutym?

Przyznam, że obserwując od paru dni radosne okrzyki: „Wiosna!” wznoszone przez moich znajomych w internecie na różną nutę, byłam więcej niż sceptyczna. W końcu jest ósmy lutego, parę dni temu padał śnieg, kalendarzowa zmiana pór roku wypada za półtora miesiąca, a prawdziwa wiosna zwykle przychodzi jeszcze później, w kwietniu.

Ale byłam dziś w parku, a tam widziałam pączki na drzewach (niektórych), soczyście zieloną trawę, młode, czerwonawe lub zielonkawe pędy na krzakach, rozradowane kaczki na rozmarzniętym stawie. Czułam też zapach ziemi i młodych gałązek. I ta pogoda, jak na przyspieszonym filmie: kropi, pada, słońce świeci mi w oczy, za chwilę ciemno, pada, świeci – i tak w kółko.

Ale tym, co mnie naprawdę przekonało, był widok chmur nad Wisłą, kiedy przez Most Poniatowskiego wracałam tramwajem do domu. To nie były niskie, jednolite, bezbarwne chmury zimowe, o nie. To były szalone, skłębione, pędzące, podświetlone słońcem, rozrywane wiatrem chmury, jakie widuje się tylko wiosną i na początku jesieni.

Może zanim wiosna przyjdzie naprawdę, te pączki jeszcze parę razy skuje lód, ale teraz już wiem, że to tylko ostatnie podrygi zimy. Teraz chce mi się kwiatów, żeby mi pachniały w domu, a gdybym miała kwiaty, zrobiłabym też porządek i może nawet umyła wreszcie okna. A gdybym umyła okna, pewnie zaraz by przyszła burza i wtedy już wszyscy by wiedzieli, że zima się skończyła :)