Archiwa tagu: zabawa

Ślązaki to fajne chłopaki

Na trzydzieste urodziny (czyli w zeszłym roku) dostałam między innymi taki prezent:


W pudełku jest bilet i katalog usług. Zajarałam się jak flota Stannisa. Rany, tyle możliwości! Po przejrzeniu katalogu okazało się, że wybór wcale nie jest trudny. Większość atrakcji to quady, paintball lub strzelnica – w różnych tylko miejscach i opcjach. Średnio mnie to interesowało. Są też skoki na bungee, kula, do której się wchodzi, a następnie toczy (brr), nauka nurkowania i… właśnie. Sporty powietrzne. Wróciło dziecięce marzenie o locie szybowcem. Katalog zawierał jedną taką ofertę, więc poczekałam do kwietnia i zaczęłam załatwiać.

Napisałam maila do firmy. Odpisała mi jakaś zupełnie niezorientowana pani i po ciężkiej dyskusji ustaliła, że mam wysłać jej bilet pocztą, ale nie wiadomo, kiedy będzie można go zrealizować, bo jeszcze nie otworzyli sezonu. Tymczasem nadszedł czwarty miesiąc ciąży (zbliżał się już czerwiec, nim coś ustaliłyśmy) i zaczęłam mieć wątpliwości, czy w ogóle mnie do tego szybowca wpuszczą, zwłaszcza, że chyba trzeba zapiąć jakieś pasy. Mój Vivabox ważny był do 30 czerwca 2013, więc postanowiłam przełożyć całą sprawę na ten rok. I co? I w tym roku doczytałam takie małe literki, które mówią, że obowiązuje katalog ze strony internetowej. A tam, jak się okazało, wcale szybowca już nie było. Były za to motoparalotnie i sedno tej notki – paralotnia. O tu konkretnie.

Początki nie były łatwe, bo też zaczęłam od maila, na którego nikt nie odpisał. Potem kilka razy dzwoniłam, ale nikt nie odbierał. Wreszcie wysłałam SMS-a i Andrzej oddzwonił – sprytnie dzwoniłam zawsze w godzinach lotów, nic dziwnego, że bezskutecznie. Ustaliliśmy termin i zaczęłam planować rodzinną wycieczkę do Gliwic. W międzyczasie okazało się, że z dojazdem jest ciężko i że cała ta impreza razem z noclegiem zaczyna nas kosztować trochę więcej, niż planowaliśmy. Na dodatek Licho było akurat trochę chore. Szczęśliwie okazało się, że pogoda nie sprzyja lotom i przełożyliśmy wszystko na kolejny tydzień, po drodze rewidując plany. Usadziłam Caina z dzieckiem i pojechałam sama.

Sama! Bez dziecka, bez ciągle napiętej uwagi, laba, wakacje, matka na gigancie! Gdy już zwalczyłam lęk separacyjny, znalazłam się samotnie w obcym mieście, obcej restauracji (polecam filię w Gliwicach) przy posiłku, jakiego wcześniej nie jadłam, z zapasem czasu, nie znająca okolicy, błądząca w poszukiwaniu autobusów. Boże, ależ mi było dobrze. W końcu trafiłam na lotnisko i poznałam Andrzeja i Sobka. Bilet przywiozłam ze sobą, wypełniłam pożyczonym długopisem i zostawiłam na miejscu. Lot trwał – bo ja wiem, około pół godziny i wbrew moim oczekiwaniom nie był to lot z wyciągarką, tylko z takim silniczkiem na plecach. Instruktor steruje, ty lecisz z przodu i PATRZYSZ.

Mówiono mi, że paralotniarze to fajne chłopaki i nie przesadzano ani odrobinę. Dawno nie widziałam tak wyluzowanego towarzystwa. Żarty sypały się gęsto, zwłaszcza, że czekaliśmy, aż wiatr trochę osłabnie (jestem za lekka, żeby latać przy silnym wietrze) i pogadaliśmy sobie, siedząc na pasie startowym, obserwując awionetki i machając do helikoptera. Po czym wybiła godzina zero. Oczywiście nie ubrałam się odpowiednio, wyprosiłam więc kombinezon, wpięto mnie gdzie trzeba, poinstruowano i zanim się zorientowałam, byłam w powietrzu. Nawet nie zdążyłam się zestresować. A potem już nie było czasu na stres, gdyż trzeba się było zachwycać.

Bycie w powietrzu jest jak… Nie, nie da się tego do niczego porównać, po prostu latasz. Lecisz. Unosisz się i widzisz wszystko z góry, bardzo, bardzo wyraźnie (pogoda sprzyjała). Drzewa, domy, pola, ludzi, zające. Śmietnik (dzięki, Sobek, to była przygoda mojego życia, a Ty mi pokazałeś śmietnik, zapamiętam to na zawsze!). Lecisz prosto w zachód słońca i w ogóle. Tego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć. Zrobiłam kilka zdjęć, ale one nic nie oddają. Zresztą zapomniałam aparatu i miałam tylko komórkę bez sznurka, szybko więc ją schowałam i zajęłam się rozkoszowaniem.

Po czym (właściwie to przed czym) okazało się, że nie mam czym wrócić. Byłam umówiona z gościem z carpooling.pl, ale coś mu nie wyszło i stanęłam wobec perspektywy czekania na pociąg do 1.00 i powrotu co najmniej pięć godzin później, niż planowałam, gdy tymczasem ze względu na Licho musiałam być wcześniej. I co, co zrobili kochani chłopcy* z lotniska? No więc Andrzej zadzwonił po Szwagra do towarzystwa i obiecał zabrać mnie do Katowic, skąd przed północą startował bus do Warszawy. Zabrać na motocyklu. Wow.

Czy się zgodziłam, żeby dwóch obcych facetów wiozło mnie na motorach z jednego obcego miasta do drugiego? No helou, znacie mnie. Jasne że tak. Pojechaliśmy więc samochodem pod garaż, a zanim z niego wyszłam ubrana w pożyczoną skórę, obok zatrzymał się Szwagier i, zdejmując kask, spytał:
– No, gdzie ten towar?
– Tutaj – powiedziałam, rozbawiona, i z satysfakcją stwierdzam, że od lat nie widziałam takiej zmieszanej miny. Pozdro, Mirku, musiałam to opowiedzieć.

A potem pojechaliśmy i już wiem, dlaczego lepiej być kierowcą niż pasażerem, a także dlaczego, jadąc we dwoje, nie powinno się przekraczać pewnej prędkości. Myślałam, że mi głowa odpadnie, omal nie zgniotłam Andrzeja, kurczowo się go trzymając i przy hamowaniu notorycznie stukałam kaskiem w jego kask. Strzelam, że miał w życiu wygodniejsze pasażerki. Ale było bosko, druga przygoda życia tego samego dnia, bo nigdy wcześniej nie jeździłam (mama mnie zabije). Czułam się trochę jak mała dziewczynka: trzeba schować się za plecami kierowcy, trzymać się go i ufać, że wie, co robi. Niestety nie mam zdjęcia na motorze, ciemno już było, a mi padała komórka. Na koniec poszliśmy na kolację, którą panowie chcieli mi postawić, ale się wybroniłam. Bez przesady, tyle dobra i jeszcze chcą mi stawiać jedzenie! Przed północą, jak Kopciuszka, odprowadzono mnie do autobusu, w którym prawie natychmiast zasnęłam.

Było BOSKO. Po pierwsze – pierwszy lot (czuję, że nie ostatni), WOW, coś niesamowitego. Po drugie – przejażdżka, która zdecydowanie dodała temu wyjazdowi adrenaliny. Po trzecie – samotna podróż, uwielbiam. I po czwarte całkowity reset mózgu, upragniona odskocznia, i to zupełnie inna, niż zazwyczaj.

Na deser macie zdjęcia i kilka dialogów:

– Jaki mamy plan? Bo ja to bym chętnie znalazła jakąś łazienkę.
– Całe lotnisko masz, idź tam w trawę. Nauczyć cię, co masz tam robić?
(Następuje pięć minut męskich żartów o trawie, potrzebach fizjologicznych i pokazywaniu, których wysłuchuję cierpliwie, kończąc bezpośrednią informacją, że mój problem dotyczy nadmiarów mleka. Z przyjemnością odnotowałam, że nikogo to nie speszyło, a nawet udostępniono mi samochód w ramach ustronnego miejsca.)

– Pani przyjechała aż z Warszawy, żeby ją przelecieć.
– To w Warszawie nie przelatują?
– Cóż, wie pan, przyjechałam do najlepszych.

– Wie pani, że jak nie przestanie tak wiać, to będziemy musieli panią wszyscy trzej przelecieć?
– Jak mus to mus. Ale zmieścimy się w czasie trwania usługi?

– Tak słucham tych twoich anegdot i wiem, że jutro usiądziesz z jakimiś ludźmi i powiesz: „Słuchajcie, jaką wczoraj miałem klientkę!”
– No i? Sprawiedliwie. Ty wyjeżdżasz z historią na bloga, my zostajemy z historią o klientce.

Sprawiedliwie, to prawda :)


*) mniejsza o metrykę!

1010258_663361470343951_1972543072_n

1010917_663363770343721_324658044_n

1012111_663362183677213_1981468115_n

954839_663361970343901_1020708706_n

969954_663363470343751_1275951810_n

988627_663363190343779_2014523599_n

1017491_663362380343860_1055430501_n

Marta, Ula, Darek, Vieta – DZIĘKI, jesteście najlepsi! <3

Jeszcze raz link do strony Andrzeja. Polecam z zastrzeżeniem, że to kompletni wariaci!

Ten straszny Woodstock

Przeczytałam dziś artykulik w Rzepie, który mnie zdenerwował, bo nie lubię, jak ludzie piszą o tym, czego nigdy na oczy nie widzieli (albo tylko przez chwilę) i przedstawiają fakty bez kontekstu. Przykład faktu bez kontekstu: Pan Wybranowski pisze, iż podczas festiwalu odnotowano „około 51 kradzieży” (ciekawe to „około”, swoją drogą). Pisze też, że przez pole przewinęło się 350 tys. osób (słyszałam gdzieś o 600 tysiącach, ale ok). Teraz zastanówmy się, ile kradzieży jest w ciągu 3 dni na przykład w Bydgoszczy (nieco ponad 350 tys. mieszkańców) – nie chce mi się sprawdzać, ale obstawiam, że TROCHĘ więcej.

Jak to więc jest z tym Woodstockiem? Samo zło, narkotyki, satanistyczna muzyka, pijane siedemnastolatki i deficyt prezerwatyw? Kałuże błota i ścieków (sic!), o których pisze pan Wybranowski, a w nich odurzone marihuaną nieletnie dzieciaki uprawiające seks w rytm ostrej muzyki? Miałoby to w sobie wiele z nostalgii za latami 70. i epoką wolnej miłości, ale niestety. Prawda jest dużo nudniejsza.

Przystanek Woodstock to przede wszystkim ludzie. Bardzo dużo ludzi w jednym miejscu, od kilkuletnich brzdąców po wiek średni. Są rodziny z dziećmi, są rodzice dzieci już dorosłych, jest młodzież szkolna, studenci i pracujący ludzie po 30 (żeby daleko nie szukać, prawda). Są najprawdziwsze, ekstremalne punki, są podstarzali hipisi, są motocykliści, księża, działacze społeczni, artyści najrozmaitszej maści, turyści z Niemiec i spacerujące z torebeczkami stateczne panie z Kostrzyna. Młodych widzi się chyba najwięcej, co nie dziwi, bo trzeba mieć młodość i kondycję, żeby wytrzymać 3 lub więcej dni w palącym słońcu, w kolejkach po picie i jedzenie, i do umywalek, i do toalet, śpiąc w namiotach (niewiele śpiąc, bo koncerty do późna, a potem impreza trwa dalej). Ja już trochę nie mam i wróciłam zmęczona, choć wybraliśmy wersję de luxe, czyli ze spaniem 1,5 km od sceny i spontanicznymi samochodowymi wycieczkami a to nad jezioro, a to do Frankfurtu.

Foto: wosp.org.pl

Ci ludzie na festiwalu mają jedną cechę wspólną: przyjechali tu po to, żeby dobrze się bawić. Panuje atmosfera wszechogarniającej imprezy. Jeśli ktoś nie lubi imprez, owszem, może się poczuć rozczarowany. Muzyka gra zewsząd. Z dwóch scen i trzeciej u Krysznowców, z samochodów, z gitar i bębnów, z gardeł, Bóg wie skąd. Znajomi i obcy tłoczą się też zewsząd i zwykle mają piwo w ręce i we krwi. Mimo to poziom agresji jest znacznie niższy, niż pod przeciętnym monopolowym. Trzeźwi też się zdarzają, bo np. chcą oddać krew albo skoczyć na bungee, albo akurat religia im nie pozwala na regularną najebkę, albo pilnują dzieci, albo nikt im nie sprzedał piwa, bo nie mają dowodu (no, to akurat najłatwiej obejść, ale zaręczam, że sprawdzają). Nieobeznani sądzą, że przyjeżdża się tu dla koncertów, ale to wierutna bzdura. Przyjeżdża się dla atmosfery, dla tej wielkiej, trzydniowej imprezy z ludźmi, którym hasło „Miłość, przyjaźń, muzyka” coś naprawdę mówi, którzy są otwarci na innych, umieją się bawić, zagadają, pomogą w razie potrzeby. Tutaj można wszystko, a na pewno można więcej. Trzydziestoletni stateczni mężczyźni zjeżdżają na tyłku z górki (pozdrawiam mojego męża). Osobnicy w dowolnym wieku i dowolnej płci przebierają się za dowolne rzeczy (rycerz, Borat, anioł, królik, Supermen, pirat – królik był najlepszy). Najprawdziwsi Indianie łażą z jakimś totemem i  mówią w niezrozumiałym języku. Co kilkadziesiąt kroków stoi ktoś z tabliczką „Free hugs”. Są też tabliczki „Zbieram na…” – bilet do domu, piwo, kurs masażu, konia (!), cokolwiek. Zwykle udaje się uzbierać. Rok temu widziałam dwóch gołych panów, którzy najspokojniej w świecie minęli policjantów pilnujących ruchu na przejściu dla pieszych. Policjanci nie zareagowali. To jest Woodstock, golizna tu nikogo nie gorszy, a policja jest od pilnowania bezpieczeństwa na pasach. Opieprzają natomiast za przechodzenie na dziko.

Jeśli to wszystko brzmi dla kogoś skandalicznie, to faktycznie, nie powinien jechać na Woodstock. Chyba, że zamierza napisać o tym artykuł. Wtedy byłoby wskazane, żeby jednak się pofatygował, spędził ze dwa dni na miejscu, pogadał i popił z ludźmi, pojadł krysznowcowego żarcia, popatrzył na kolejki do oddawania krwi, zobaczył, jak koleś na drodze rysuje boskie portrety albo robi profesjonalny masaż i mówi: „Zapłacisz, ile uważasz” (i ludzie płacą, a nie, że łapią obrazek i w nogi). Niech spędzi z nami kilkadziesiąt godzin, a potem, proszę bardzo, niech pieprzy głupoty, ale poparte jakąś prawdziwą obserwacją. Bo tak to tylko niepotrzebnie denerwuje 600 tysięcy ludzi, którzy byli, widzieli, poczuli i, w przeciwieństwie do pana dziennikarza RP, wiedzą coś o Przystanku Woodstock.

A na rozluźnienie proponuję, żebyście w komentarzach pisali, co najfajniejszego Wam się przytrafiło na festiwalu :)

#po30

Nie wiem, jak to się stało – co roku powtarzam tę frazę – nie wiem, jak to się stało, ale mam trzydzieści lat. Ledwo co miałam osiem, potem przemknęło mi szesnaście i dwadzieścia dwa, a tu BUM – trzydziestka. Z hukiem, a co.

Najpierw zrobiłam tatuaż:

zdj: Hell Foto

A potem zrobiłam imprezę, od której trzęsły się ściany, a podłoga groziła zawaleniem. Przez kilka godzin mieszkanie było pełne cudownych ludzi, poprzebieranych w stroje w stylu lat trzydziestych. Kain był Popeyem. Patryk był żółwiem („W latach trzydziestych też były żółwie!”) :) Napoje wyskokowe lały się strumieniami (dosłownie, na parkiet też), muzyka grała, wszyscy rozmawiali, żartowali, śmiali się i poznawali ze sobą, bom nieco pomieszała towarzystwa, a pośrodku łóżka, między stosami kurtek i toreb, najspokojniej w świecie spał sobie mój roczny siostrzeniec. Kiedy będę miała dziecko, też chcę, żeby tak ładnie pozwalało rodzicom się bawić.

Jak przystało na staruchę jedną nogą w grobie, zostałam pogrzebana pod stosem prezentów i kwiatów. Pochwaliłabym się, jakie cudności dostałam, ale nieładnie się chwalić, więc tylko powiem, że księżniczka jest zachwycona! I jak tylko znajdę chwilę, pobiegnę nabyć wymarzone perfumy, a jak tylko ochłonę, zdecyduję się, czy pragnę lecieć szybowcem, czy może nurkować ;> Poza tym gdyby to, czego ludzie mi życzą i jakie przy tym prawią komplementy było prawdą, byłabym już co najmniej królową świata. Strasznie odpowiedzialna fucha.

Każdemu życzę takich okrągłych urodzin, a tym, co byli – ciałem lub duchem – dziękuję!

Luli *$#% luli, czyli złołysanka*

Śpij, dziecino – bo niani zimno,
śpij, maleńka – tatę głód nęka,
śpij, bejbiku, ciocia chce siku,
śpij, potworze, mama już nie może!

Tatuś by sobie chętnie nalał coli,
ale jak się ruszy, wszystko się spie*&^%$.

Śpij, maleństwo, bo padnie przekleństwo,
spać, maluszki, bo użyję poduszki,
leż, cholero przeklęta, bo zaknebluję i spętam,
luli, luli, uśnij już, bo przyniosę z kuchni nóż!

Niania by coś chętnie zjadła na śniadanie,
ale ty nie zaśniesz, jeśli teraz wstanie.

Śpij, maleństwo, niech śnią ci się wróżki,
śpij, cholero, nim urwę ci nóżki,
śpij, bo zaraz zwariuję i cię zdekapituję,
śpij, bo wnet nie wytrzymam, rączki ci pourzynam.

Ciocia miała resztkę kawy gdzieś na dnie
– ale ryk podniesiesz, jeśli choćby drgnie.
Mamusia chętnie się czegoś napije,
lecz nie ma kiedy, bo wyjesz i wyjesz.

I zaraz w trupa się chyba zaleje,
bo na twój sen już straciła nadzieję!

Podczas tworzenia tej złołysanki nie ucierpiało żadne dziecko.
Za współudział serdeczne pozdro dla aranhy i lesatyra :)
* słowo „złołysanka” też wymyśliła Aranha.

Blondynka śpiewa

Na wypadek, gdyby ktoś z Was nie zorientował się jeszcze z blipa, fejsa albo skądkolwiek – nagrałam piosenkę. Sama nie całkiem wiem, jak to się stało – ot, dawno temu napisałam tekst, od dawna też chciałam, żeby ktoś kiedyś zrobił muzykę do któregoś mojego „kawałka”. Na jakiejś imprezie zgadaliśmy się z Jankiem, że on ma sporo muzyki bez tekstu, a ja odwrotnie. Wymieniliśmy się kontaktami, potem o tym zapomniałam, a potem wrzuciłam na fb swój ostatni wiersz, a Janek pod spodem mi się przypomniał.

Dalej już poszło szybko i zanim się obejrzałam, muzyka była gotowa, brakowało tylko wokalistki. Oczywiste, że w tej sytuacji musiałam spełnić kolejne życiowe marzenie i zaśpiewać :) Moim pierwszym gorącym fanem został oczywiście mój mąż, który cały następny dzień słuchał tego w pracy. Z własnej woli!

Wiem, warsztat mam nie tyle fatalny, co zupełnie nieistniejący. I wiem, że głos niezły, nawet bym się poszkoliła, gdybym miała teraz na to pieniądze. Jak kto ciekaw, to proszę bardzo. Na końcu, w ramach bonusu, można usłyszeć Janka, Kaina i kozę.

Janek: – Nie weszłaś w dźwięk.
Ja: – Ależ weszłam. Tylko dość szybko z niego wyszłam…

Łańcuszek

Jenny zaprosiła mnie do zabawy w „co lubię”. To miły blogerski łańcuszek, który skłania do pomyślenia o rzeczach ciepłych i przyjemnych.
Poniżej 10 pierwszych, które przychodzą mi do głowy. Kolejność przypadkowa.

1. Całować się.
2. Czytać książki.
3. Pisać. Sama czynność sprawia mi ogromną, wręcz fizyczną przyjemność.
4. Góry. To miejsce, w którym krzyczę z czystego zachwytu.
5. Drogą prostych skojarzeń: seks. Co tu kryć.
6. Spotykać się ze starymi przyjaciółmi i przypominać sobie, jak nam się dobrze rozmawia.
7. Zapach pomarańczy.
8. Wstawać późno, nie spieszyć się, spokojnie planować dzień.
9. Poznawać ludzi.
10. Podróżować.

Jenny, ile z tego obstawiałaś? ;)

Do zabawy zapraszam Królową Nocy, a Was pragnę przy okazji skierować na bloga osoby, od której, przynajmniej dla mnie, gra się zaczęła: Raj Lal.