Archiwa tagu: zdjęcia

Nie mogę spać, bo trzymam brzuch

Młoda chyba przestała sypiać, a z nią i ja. To znaczy zasypiam praktycznie bez problemów, ale budzę się często i śpię źle, regularnie kopana po wątpiach. Albo znakomicie śpię, twardo i całą noc, za to z moich snów można by skleić kilka całkiem zgrabnych horrorów.

W dzień też nie śpi. Kopie, wierci się, układa. Z brzucha wyrastają mi jakieś wypustki, dziwaczne, ruchome i tymczasowe. Bardzo to śmiesznie wygląda. W dziewiątym miesiącu ciąży najbardziej niesamowite jest to, że w środku, w brzuchu, ma się już całkiem gotowego człowieka. Normalnie, dziecko – odrębny byt – tylko że we mnie, wewnątrz. Ona sobie tam siedzi, bawi się, coś sobie myśli, ma swoje nastroje, nie zawsze zależne od moich, lubi inne rzeczy, niż ja, żyje swoim rytmem. W moim brzuchu. Ogromnie to dziwne.

To 37 tydzień i mam już trochę taki syndrom, że NIC nie gotowe przecież. Łóżeczko nie skręcone, spadająca komoda nie przytwierdzona, zalana ściana w sypialni nie naprawiona. Torba nie spakowana. Nie mam kapci, szlafroka, koszul – w domu nie używam, nie zdążyłam kupić. Ubranka nie uprasowane. Pieluchy, kosmetyki – nie kupione. Nie ma wózka, wanienki, niczego nie ma, Kononowicz mode.

A jeśli jutro zacznę rodzić? Ha?

W czwartek, zamiast nawiedzać groby bliskich, pozowałam do zdjęć. Zanim się obejrzałam, minęło pięć godzin sesji. Męcząco, nie powiem, ale bardzo chciałam mieć ich trochę – na pamiątkę. Pewnie jeszcze kiedyś będę w ciąży, ale w tej wyglądam całkiem nieźle i chcę mieć na to dowody :) Dziś wybraliśmy się na spacer, także z Helly uzbrojoną w aparat. Tak się jakoś złożyło, że był to mój pierwszy jesienny spacer w tym roku. Początek jesieni przegapiłam z powodu przeprowadzki i zepsutego kręgosłupa, potem też jakoś nie było siły i czasu. Dobrze się dotlenić, choć po spacerze oczywiście padłam i spałam ponad godzinę. W ogóle codzienne drzemki wchodzą mi w zwyczaj, nie ma siły, trzeba jakoś uzupełniać deficyty. Staram się nie myśleć o tym, ile rzeczy pozostaje niezrobione, ilu ludzi – niespotkanych i tak dalej.

Dziś poza tym minęły cztery lata od dnia, gdy wybrałam się do herbaciarni z pewnym poznanym na imprezie, mrocznym gościem. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że nie tak długo potem ten gość zostanie moim mężem i ojcem mojej córeczki, postukałabym się tylko w głowę. A jednak. Okazję uczciliśmy kwiatami i czekoladą.

Wyjście z szafy

Delfin okazuje się być dziewczynką.

Poszliśmy dziś na USG 3D, czy tam 4D, nie wiem, bo w przychodni raz mówią tak, a raz inaczej. Zasadniczo plan był taki, że zobaczymy na ekranie twarz naszego dziecka i wzruszymy się niemożebnie.

Taak.

Ujęć w tym 3D i w kolorze mamy może ze trzy. Na każdym widnieje coś w rodzaju niezidentyfikowanej tkanki, podobnej jakby do ośmiornicy, która się dziwnie rusza i ogólnie przywodzi na myśl tanie horrory. Za to w 2D zupełnie znienacka od pierwszego ujęcia odkryliśmy, że będziemy mieli dziewczynkę. Co poniekąd obrazuje, cośmy w czasie badania obejrzeli i – z grubsza – gdzie Lila miała nasze starania o ładne  zdjęcie.

W sumie nic dziwnego: pannica szalała wczoraj jeszcze długo po drugiej w nocy, niemiłosiernie kopiąc w bok próbującą usnąć matkę. O ósmej, kiedy wstawałam, robiła to samo. W międzyczasie może spała, nie wiem, bo nie uważałam, zajęta niejakim Morfeuszem. Toteż o 10.00, akurat na czas badania, zapadła w słodki sen (à propos słodkiego, zjadłam batonik przed badaniem, ale glukoza też nie pomogła) i na wszelkie próby obudzenia reagowała głębszym wciskaniem twarzy w poduszkę z moich bebechów. Skłoniona wreszcie do pokazania kawałka buzi, zrobiła facepalm pępowiną – przysięgam, był to widok godny uwagi, niestety nie udało się go ładnie ująć na filmie. Full profeska, zasłoniła wszystko tym sznurkiem.

Było to, nie przeczę, urocze i ubogacające przeżycie, szczególnie w połączeniu z komentarzami lekarza wykonującego badanie. Wszyscy byliśmy dość ubawieni i żartowaliśmy sobie na całego. Po 15 czy 20 minutach daliśmy dziecku spokój (obudziła się w drodze powrotnej, rzecz oczywista).

No, ale taką tam jedną foteczkę udało mi się wyciągnąć z tego filmu – proszę, oto portret:

Dwa lata

Właśnie mija nam druga rocznica ślubu, a ja się zastanawiam, kiedy to się stało. Dopiero się poznaliśmy, dopiero zaczęliśmy spotykać – a tu siup, jedno mieszkanie, drugie, zaraz trzecie, ślub, dziecko (no, prawie), koty, kredyty. Poważna sprawa, zupełnie, jakbyśmy byli dorośli.

Tymczasem my jesteśmy wciąż tymi samymi wariatami: z niechęcią do spraw nazbyt poważnych, leniwi, dość beztroscy; prawdopodobnie zginęlibyśmy, gdyby nie łut szczęścia na każdym kroku.

Dlatego dziś zamiast oficjalnego zdjęcia ślubnego wrzucę foty z okresu, kiedy się poznaliśmy (czyli z listopada 2008 r.). O, proszę:

Czy coś się zmieniło? Chyba nie bardzo :)

Wyrzuty sumienia

W lutym była u nas Anks i zrobiła kolejne zdjęcie kota Ducha. To właśnie ta fotografia poniżej.
W komentarzu do zdjęcia ktoś napisał: „Czy ten kot ma zaćmę na oku, czy mi się wydaje?”

„Jasne, że ci się wydaje, światło tak pada, mój kot nie ma żadnej zaćmy!” – pomyślałam sobie i prawie zapomniałam o temacie.

Ale zaczęłam się Duchowi przyglądać. I przyglądać. I im bardziej się pod różnymi kątami przyglądałam, tym bardziej wydawało mi się, że może faktycznie coś z tym okiem ma. W końcu zadzwoniłam do Rudej Ciotki i umówiłam się na wizytę, ale bez pośpiechu, z założeniem, że jeśli kot ma zaćmę (w wieku trzech lat? dziwne, ale nie takie rzeczy się zdarzają), to tydzień raczej nic nie zmieni, zresztą cały czas nie byłam pewna, czy rzeczywiście coś z tym okiem jest nie tak.

No i Ciotka dziś przyszła, obejrzała i powiedziała, że kot miał uraz oka. Coś mu się wbiło, ukłuło, podrapało i teraz rogówka się goi. Może się wygoi całkiem, ale może tak zostanie.

Jak mogliśmy przeoczyć uraz oka u kota, który jest codziennie głaskany, przytulany, który śpi z nami, u którego widzimy każdą zmianę w zachowaniu? Nie mam pojęcia. Może dlatego, że Duch zwykle przebywa u Caina na ramieniu, więc chłopaki, jeśli patrzą sobie w oczy, to z raczej dziwnej perspektywy. Do mnie rzadko przychodzi, a głaskany lubi być tyłem. Ale przecież to go musiało boleć, może próbował sięgać łapką, a my nic nie zauważyliśmy. Dopiero obcy człowiek na zdjęciu zobaczył.

Mam teraz straszne wyrzuty sumienia, choć oko najwyraźniej się goi. Dostaliśmy receptę na krople, mam nadzieję, że pozwoli je sobie aplikować i że rogówka zagoi się do końca. Nie wiemy, co się dokładnie wydarzyło: może podrapała go Plamka, może obgryzał granatowiec, a ten mu się odgryzł – nie mam pojęcia.

Ale mam wyrzuty.

Anksfoto

Gorąca Trzydziestka

Anks zrobiła mi takie piękne zdjęcie na moich trzydziestych urodzinach:

Szczęściara z Vivaboxem

Stylizacja na lata trzydzieste i całkiem dwudziestopierwszowieczny prezent – Vivabox Extreme. Muszę wreszcie zarezerwować sobie ten lot szybowcem :)

W ogóle to muszę Wam powiedzieć, że w pewien sposób odzyskałam dla siebie własny blog. Bo ostatnio miałam takie ciśnienie, żeby pisać tutaj przede wszystkim ładnie i ciekawie, i żeby nikogo nie urazić, i żeby nie było nudno, a za to regularnie. Spinałam się i zmuszałam. A potem nagle przypomniałam sobie, że przecież to jest mój pierwszy blogasek, pamiętnik, założony dla najbliższych. Na początku chodziło o to, żeby znajomi mogli łatwo sprawdzić, co u mnie i o to, żebym nie musiała każdej historii opowiadać dziesięć razy. I jeszcze o to, żeby sublimować frustrację, bo ja, jak się sfrustruję, to muszę sobie o tym napisać.

Więc przypomniałam sobie o tym wszystkim i teraz zamierzam na luzie pisać nudne pitu-pitu o tym, co u mnie. A jak się komuś nie podoba i nudzi, to przepraszam bardzo, ale blogosfera duża, na pewno sobie znajdzie coś w zamian.

Wczoraj byłam na warsztatach dla blogerów, gdzie mi powiedziano, że wizerunek jest bardzo ważny. I jeszcze wiele ciekawych rzeczy innych mi powiedziano. Może napiszę o tym szerzej jutro, ale nie obiecuję, bo z czasem cienko.

#po30

Nie wiem, jak to się stało – co roku powtarzam tę frazę – nie wiem, jak to się stało, ale mam trzydzieści lat. Ledwo co miałam osiem, potem przemknęło mi szesnaście i dwadzieścia dwa, a tu BUM – trzydziestka. Z hukiem, a co.

Najpierw zrobiłam tatuaż:

zdj: Hell Foto

A potem zrobiłam imprezę, od której trzęsły się ściany, a podłoga groziła zawaleniem. Przez kilka godzin mieszkanie było pełne cudownych ludzi, poprzebieranych w stroje w stylu lat trzydziestych. Kain był Popeyem. Patryk był żółwiem („W latach trzydziestych też były żółwie!”) :) Napoje wyskokowe lały się strumieniami (dosłownie, na parkiet też), muzyka grała, wszyscy rozmawiali, żartowali, śmiali się i poznawali ze sobą, bom nieco pomieszała towarzystwa, a pośrodku łóżka, między stosami kurtek i toreb, najspokojniej w świecie spał sobie mój roczny siostrzeniec. Kiedy będę miała dziecko, też chcę, żeby tak ładnie pozwalało rodzicom się bawić.

Jak przystało na staruchę jedną nogą w grobie, zostałam pogrzebana pod stosem prezentów i kwiatów. Pochwaliłabym się, jakie cudności dostałam, ale nieładnie się chwalić, więc tylko powiem, że księżniczka jest zachwycona! I jak tylko znajdę chwilę, pobiegnę nabyć wymarzone perfumy, a jak tylko ochłonę, zdecyduję się, czy pragnę lecieć szybowcem, czy może nurkować ;> Poza tym gdyby to, czego ludzie mi życzą i jakie przy tym prawią komplementy było prawdą, byłabym już co najmniej królową świata. Strasznie odpowiedzialna fucha.

Każdemu życzę takich okrągłych urodzin, a tym, co byli – ciałem lub duchem – dziękuję!

Tu też wrzucę, a co.

Kupiłam Kainowi „Czekoladową łyżeczkę”: w dużą kostkę czekolady wbita jest drewniana łyżeczka, całość wkłada się do gorącego mleka i powstaje czekolada na gorąco. Ta na zdjęciu, biała, jest okropnie słodka. Następnym razem użyjemy podwójnej ilości mleka!

Zdjęcia obrabiał oczywiście sam model.