Archiwa tagu: zdjęcia

Najmłodsza w Mieście na K

Najmłodsza wybrała się pewnego razu do Krakowa z wycieczką szkolną. Wróciła wkurwiona. Piękne miasto, rzekła, tylko wszędzie, cholera, ludzie – a zwłaszcza sześć szkolnych klas! I wyraziła chęć obejrzenia pięknego miasta w mniejszym gronie. W okolicach grudnia obiecałam jej to po raz pierwszy. Przekładałyśmy wyjazd jakieś cztery razy, ale wreszcie wszystko się powiodło i oto jesteśmy.

Zwiedzanie zabytków i muzeów koleżanka ma w nosie.  Interesuje ją po prostu chodzenie po mieście. Doskonale to rozumiem, bo mnie także w nowych miastach najbardziej pociąga spacerowanie po ulicach, patrzenie, słuchanie i oddychanie inną atmosferą. Zaliczyłyśmy Kopiec Kraka, rajd po sklepach (uparłam się kupić Młodej sukienkę i efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania), parę fajnych knajp (and counting) i sporo „po prostu chodzenia”. W planach mamy więcej knajp i więcej chodzenia, a także Cmentarz Podgórski, który jest blisko i go lubię, malowanie Dworca Płaszów, może ZOO, może coś jeszcze. Zależy, co nam przyjdzie do głowy i jaka będzie pogoda. Myślimy także o małym wypadzie w góry na weekend, ale na razie warunki atmosferyczne nie sprzyjają :/

Najmłodsza wygląda na zadowoloną, choć, swoim zwyczajem, nie wyraża tego głośno. Głównie chodzi po podłodze i miauczy na koty albo siedzi przy jakimś stoliku i miauczy na ludzi. Mam dziwnych znajomych, którzy jej odmiaukują. Wiem, że to brzmi, jakbym miała dysfunkcyjną siostrę, ale to naprawdę ogarnięta młoda osoba. Po prostu lubi koty ;)

Aha, i ona na tym zdjęciu poniżej nie jest smutna, tylko nie lubi się fotografować ;)

Piękny weekend

Minione trzy dni były fantastyczne. W piątek zdecydowaliśmy się ostatecznie na wspominane już mieszkanie. Jestem szalenie podekscytowana i mogłabym już się pakować, ale przeprowadzamy się dopiero na początku kwietnia, więc może się wstrzymam. Choć robię małe kroczki: umawiam się z ludźmi na odbiór ich rzeczy, zrobiłam porządki w szafie. W sobotę zorganizowałam małe spotkanie, na którym goście dobrani byli według specjalnego klucza: wyłącznie kobiety w moim rozmiarze lub mniejsze. Przy winie i akompaniamencie radosnych dziecięcych wrzasków udało mi się z trzech toreb ubrań, których nie noszę, zrobić jedną, a przy okazji zarobić miniówę i bluzkę. Jestem usatysfakcjonowana!

Z tej okazji już w piątek przyjechali goście z Krakowa. Spędziliśmy z nimi naprawdę miły czas, a ugotowany w niedzielę przez Argaska obiad zrobił mi lepiej, niż dobrze.

A w sobotę było jeszcze blipiwo,  liczne i bardzo miłe. A tam – niespodziewana wizyta A., dzięki której już po pierwszym piwie zaczęły mi mięknąć kolana. Niewymuszona tradycja widywania się co dwa miesiące została zachowana ;)

Prezent

Znajoma, która pasjonuje się fotografią, zrobiła mi na urodziny fajny i oryginalny prezent: sesję zdjęciową. Anks i jej sprzęt fotograficzny, nasze mieszkanie, zapał i dwie godziny wspólnej pracy (a następnie kolejne godziny spędzone przez nią na obróbce zdjęć) dały efekt, którego próbką narcystycznie chwalę się poniżej. A jeśli komu mało, na flickrze autorki zdjęć znajdzie trochę więcej.

Lubię pozować do zdjęć, ale najbardziej lubię te, na których bywamy uwieczniani razem z Kainem. Czasem są ładne, a czasem nie, mogą być nieostre, amatorskie lub profesjonalne, ale zawsze jest na nich ciepło, które fajnie jest zobaczyć na fotografii – okiem ludzi spoza naszego małego świata.

Jeśli zdjęcia Wam się podobają, można też polubić stronę Anks Photography na fejsie ;)

Śliwa

W sobotę było u nas dresparty i Kain postanowił się przebrać za ofiarę dresów. Zrobiłam mu więc charakteryzację, a Elpanda przyglądał się i doradzał: tu zetrzyj, tam dodaj fioletowego… Wreszcie skończyłam, ale jeszcze spytałam doradcę:
– Coś byś tu jeszcze dodał?
– Ja to bym mu przypierdolił… – odparł Panda flegmatycznie.


foto: anks

Góry, które miały być Beskidami

…okazały się Tatrami. Ja nie narzekam, mnie można za rączkę zaprowadzić w każde piękne, wysoko położone miejsce i będę szczęśliwa.

Jeszcze jak.

W Tatrach zima, na całej połaci śnieg. I lód. Gdyby nie kijki, byłoby kiepsko, a tak było dość spokojnie. I bardzo, bardzo, bardzo pięknie. Słońce i wiatr, mnóstwo światła, ciepło. Wspięłam się na małą skałę i okazało się, że trudniejsze jest zejście. Pierwszy raz byłam w nocy tak wysoko w górach i patrzyłam na gwiazdy. Bardzo mi ciężko wrócić, w głowie wciąż jestem tam. Nad stawem, w schronisku, przy ścieżce pod kosodrzewiną, w autobusie, w powrotnym pociągu.

Najlepszy dźwięk weekendu: grzechot lodu w stawie, taki sam, jaki wydają kostki w szklance, tylko dużo głośniejszy.
Najlepsze miejsce: ostatni punkt widokowy w lesie.
Najlepsze zdanie: „Lubię chodzić z panią po górach”.


I jeszcze piosenka weekendu.

Akt z kotem

Kot Duch ma jakiś problem z wodą w wannie. Ilekroć puszczamy wodę, a potem wychodzimy z łazienki, Duch leci tam, siada na pralce lub na wannie i zaczyna głośno, żałośnie, przywołująco miauczeć. Lecę więc i ja, głaszczę, koję i tłumaczę: jest ok, to tak ma lecieć, nic się nie dzieje. Duszek mruczy, pręży grzbiet i cichnie. Wychodzę.

Ale po chwili znów: potępieńcze wycie z łazienki. „Ratunku, ratuunkuu, tu leci woda, człowieku, ratuj, woda leci i NIKT JEJ NIE PILNUJE!” I tak dopóki któreś z nas nie przyjdzie do łazienki i nie wejdzie do wanny.

Zielonego pojęcia nie mam, co mu w tej wodzie przeszkadza. Może nie przywykł; przez dłuższy czas wchodziliśmy do wanny zaraz po puszczeniu wody z kranu, więc być może Duch uważa, że skoro się leje, to człowiek musi być. Nie wiem, nie ogarniam i tylko nieodmiennie mnie to śmieszy.
Sąsiadów pewnie mniej…


Kot Duch pilnuje mnie w kąpieli.

Miały być Beskidy

Miały być Beskidy, nie ma Beskidów. Towarzysz podróży zepsuł sobie nogę i tyleśmy pojechali. Jak pech, to pech.

Na pulpicie w dużym komputerze mam to i sama nie wiem, czy mi poprawia nastrój, czy psuje:

W małym komputerze mam to i identyczny dylemat:

Ale, kurczę, przynajmniej sobie popatrzę.