Archiwa tagu: zdjęcia

Kocie fochy

Koty mają ostatnio fanaberie. Nie zjadają śniadania, wieczorem bardzo głodne i oburzone żądają kolacji, z której skubną parę kęsów i zostawiają, rano nad pełną michą robią awanturę o śniadanie, ze świeżej porcji uszczkną ciut, wieczorem znów afera o kolację i tak na okrągło. Dopóki były upały, nie dziwiło mnie to wcale, wyrzucałam stare (a psuło się szybko), dawałam nowe, a koty jadły głównie w nocy, kiedy robiło się trochę chłodniej. Ale teraz? Zima idzie, powinny jeść. Żarcie już się tak szybko nie psuje, więc stoi sobie czasem nawet cały dzień. Raz zjadają, raz nie. Kupiliśmy inne smaki puszek, bo może stare im się znudziły – nic. Kupiliśmy podroby – nic. Suche owszem, suche by żarły, ale ja nie karmię kotów suchym, bo kocia pani doktor odradza.

No i tak się bawimy w żonglowanie miskami. Stare żarcie, świeże żarcie, mięso, puszka, żółtko (nie łaska) i od nowa. Oszaleć można.

A najchętniej spędzają czas tak:

Baj de łej, jakby ktoś nie wiedział albo nie pamiętał, to Plamka i Duch zwykle występują tutaj.

Kolczyki z kotami

Ponieważ wpis będzie dokładnie o tym, co w tytule, osoby nie zainteresowane kolczykami niech się czują ostrzeżone. Jeszcze można zamknąć stronę.

Kolczyki to mój mały pierdolec. Kupuję je gdzie popadnie i staram się pamiętać, skąd mam którą parę. W ten sposób moja korkowa tablica z kolczykami zawiera ponad 50 historii, które przypominam sobie, kiedy wybieram biżuterię odpowiednią na dany dzień. Oczywiście są kolczyki, które noszę często i takie, które trochę dyskryminuję – ale historie są równe.

Te z kotami stanowią crème de la crème, ulubioną, osobną kategorię. Na razie niezbyt liczną, ale tym bardziej cenną ;)

Drewniane koty dostałam od Agnieszki, z którą kiedyś pracowałam. Wzruszyły mnie, bo nie spodziewałam się prezentu, a także dlatego, że ogromnie mi się spodobały. Jeden z nich zaginął pewnego miłego wieczoru w „Bla-Bla” i od tego czasu drugi wisi na kołeczku dla samotnych kolczyków. Z Agnieszką nie utrzymujemy regularnego kontaktu, ale wciąż bardzo ją lubię :)

Metalowe kolczyki z kotem na kominie przywiozła mi Izu z Czech, z pewnego sklepu w Pradze, który jest rajem dla kolczykowych wariatek, choć zarazem piekiełkiem dla portfeli. Izu, Praha, kolczyki i koty – czego chcieć więcej? :)

Czerwone kotki kupiłam w Krakowie, w mojej ulubionej bramie na Floriańskiej. Musze się przyznać, że nie pamiętam, za którą wizytą i w czyim – jeśli czyimkolwiek – towarzystwie.

Turkusowe za to pamiętam doskonale. Kupiłam je w maju, zaraz po odprowadzeniu na pociąg Fileta, która podobne – tylko czarne – miała w uszach. Kiedy we wspomnianej bramie zobaczyłam te, nie wahałam się długo, choć A. namawiał mnie na wielkie, żółte słoneczniki.

Te zaś zrobiła dla mnie Bluszczyk, stawiając mnie trochę przed faktem dokonanym: „-Zobacz, jakie mam dla Ciebie kolczyki.” „-Biorę!” Bluszczyk robi dużo różnych cudeniek i za każdym razem, kiedy się spotykamy i ma je przy sobie, coś mi przypada do gustu i zmienia właściciela. Zwłaszcza te kotki i jeszcze jedne kolczyki z dzwoneczkami przypominają mi o niej regularnie.

Białe koty na czarnym tle dostałam od Josha. Od dawna wiedział, że chcę takie, wytropił je i przyniósł mi pewnego dnia. Nosze je często, choć pewnie jesień i zimę spędzą na ścianie, bo źle znoszą wilgoć.

Kolczyki z Chat Noir kupiłam zaś na zeszłorocznym Woodstocku w miejsce nabytych poprzedniego dnia i natychmiast zgubionych (też z kotem, czarnym na białym tle). Zaopatrzyłam się tam również w skórzaną torbę z tym samym motywem. W torbie zepsuło się zapięcie, ale kolczyki są szklane, bardzo trwałe i  na pewno jeszcze długo mi posłużą. O ile nie zgubię ;)

Blipspacer

Ponieważ na zły humor nie ma jak spacer w słońcu i świeże powietrze, z przyjemnością przyjęłam propozycję rzuconą na blipie przez Królową Nocy. Dołączył Elpanda oraz Harry, który od razu zaczął sprawdzać geoskrzynki w okolicy. I tak wybrałam się na blipspacer połączony z keszowaniem. Dzieciom szukanie skarbów bardzo się spodobało, Królowej też – mamy kolejną „zarażoną” ;) Spędziliśmy przemiły dzień na słońcu, siedzieliśmy na trawie chwilami porozbierani do letnich bluzek, bawiliśmy się z dziećmi, zrobiliśmy mnóstwo zdjęć… Było super, doskonała terapia na jesienny marazm i leniwy nastrój. Dzięki :)

Wersja Królowej i kilka jej zdjęć tutaj :)

Tydzień miodowy

Wyjazd do Bukowiny Tatrzańskiej poważnie zachwiał moim systemem wartości. Po pierwsze, jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakich byłam i jedno z trzech, w jakich pragnęłabym zamieszkać, przy czym poprzednie dwa to rezerwat i się nie da. Nie żeby to był jakiś konkretny plan – ot, po prostu chcę już zawsze pić poranną kawę patrząc na tę panoramę. O tę:

To tylko fragmenty… Byliśmy w dwóch miejscach, które słyną z widoków, ale ten z huśtawki za domem jest najlepszy.

Po drugie, Tatry są bardzo, bardzo piękne. I może, jak to ujął A., nie są user friendly,  ale pokochałam je natychmiast. A naprawdę nie wiem, czy mogę kochać na raz Tatry i Bieszczady. Czuję się zagubiona ;)

Po trzecie okazało się, że mój mąż nie jest górołazem. Zaciągnięty na szlak cieszy się wprawdzie z widoków i z mojego entuzjazmu, ale w zasadzie wolałby zostać na nizinach. Ustaliliśmy zatem, że w przyszłości będziemy jeździć razem w rejony raczej od gór odległe, a swoją pasję oglądania świata ze szczytów będę zazwyczaj spełniać w innym towarzystwie. Co ma tę zaletę, że, chcąc nie chcąc, zobaczę w życiu coś więcej, niż kolejne górskie szlaki, no ale rozumiecie moją konsternację.

Poza tym było cudownie.  Spędziliśmy tydzień oderwani od wszystkiego, tylko we dwoje (no, do pewnego momentu, ale nie narzekam;), skupieni na sobie i na pięknych widokach wokół. Ogromnie ciężko mi teraz wrócić do normalności. Powroty z gór do miasta zawsze mnie rozwalają. W dodatku kończy się lato, czuć to nie tylko w temperaturze, ale i w zapachu powietrza. A ja patrzę na odcień swojej skóry w lustrze i z prawdziwą przykrością myślę o zimowej bladości.

To było dobre lato, długie i gorące, pełne dobrych zdarzeń i ciekawych podróży. Oby następne było podobne.

Woodstock 2010

I po Woodstocku.  Z Woodstockiem to jest tak, że kto nie był, ten nie zrozumie. No bo woda zimna i kolejki do niej, wszędzie kurz, brudni i pijani ludzie, trzeba robić kilometry od sceny do jedzenia, od jedzenia do piwa, od piwa do namiotu, hałas całą dobę i jeszcze jacyś obcy o każdej porze dnia i nocy wrzeszczą: „Zaraz będzie ciemno!”, „Andrzeej!” albo – mój hit sezonu – „Prawdziwy rolnik wstaje o piątej!!” (wykonywane między piątą a ósmą rano, kiedy próbowaliśmy się przespać po podróży).

Ale wyobraźcie sobie najlepszą, najbardziej pozytywną i pełną energii imprezę, na jakiej byliście w życiu i pomnóżcie ją przez dziesięć, a potem rozciągnijcie na trzy dni: voilà, oto Woodstock. Wspaniali ludzie w ilościach hurtowych, mnóstwo muzyki, zabawa, luz, magia. Inny świat, inne zasady.

Zresztą, jeśli byliście, to co ja Wam będę tłumaczyć. A jeśli nie byliście, to za rok koniecznie pojedźcie!

Laaatooo!

Upał. 30 stopni. Skwar. Gorąco. Patelnia, piec, opływanie potem.

Uwielbiam to.

Oczywiście uwielbiałabym  bardziej na jakiejś plaży i ze zbiornikiem wodnym w pobliżu, ale i tak jest świetnie. Piję zimne napoje, jem lody i arbuza i trochę zazdroszczę ludziom klimatyzacji w biurach. Ale tylko trochę.
Jedyne, co doprowadza mnie do szału, to komunikacja miejska. Podróż tramwajem albo autobusem przy tej pogodzie to wyrafinowana tortura. Ubrana w najlżejszą posiadaną przez się szmatę, z butelką wody w ręku, stoję – na siedząco jest gorzej, bo nie czuć powiewu z okien – i usiłuję czytać kryminał. Co drugie-trzecie zdanie przerywa mi kap… kap… kap… To krople potu spływają wzdłuż uda, łydki, kostki i spadają na podłogę. 15 minut jazdy do centrum trwa sto lat, bez kitu.

Od dziś chodzę piechotą.

Z ciekawostek – adoptowaliśmy drzewko.  Granatowiec, który obecnie ma trochę ponad metr wysokości, będzie z nami mieszkał dwa lata, a po tym czasie oddamy go tam, skąd wzięliśmy, czyli do pałacu w Wilanowie. Zostanie posadzony w oranżerii i otrzyma plakietkę z moim nazwiskiem. Tymczasem nazywa się Dżordż Busz i mieszka na balkonie.

Inicjatywę muzeum uważam za świetną. „Rodzice adopcyjni” otrzymują kartę, która upoważnia do darmowego wstępu na teren parku, możliwość bezpłatnej przejażdżki łódką (niestety nie mieliśmy tyle czasu, żeby skorzystać) i pełne wsparcie merytoryczne – jest strona internetowa, kontakt mailowy i spotkania hodowców. Tak więc istnieje szansa, że nasz Dżordż nie zmarnieje i za dwa lata będziemy mogli z dumą przekazać muzeum porządne drzewo. Akcja ma być powtórzona za rok, więc jeśli to kogoś interesuje, to można śledzić stronę muzeum albo profil na facebooku.

A granatowiec, zwany przez nas także granatnikiem, wygląda na razie tak:

Święta trójca* w Stuwieżnej

Tytuł bezwstydnie ukradziony Zubilowi. Lepszego nie wymyślę.
Święta trójca to Izu, Kain i ja. Z przewagą trójcy raczej, niż świętości.

Jestem Polką i kocham mój kraj. Dlatego wizyta w czeskiej Pradze prócz tego, że była zachwycająca, zostawiła mi w duszy pewien smutek.
Bo tak: w Pradze woda w kranach jest smaczna, z gór poprowadzona, zdrowsza niż niejedna mineralna z butelki. W Pradze piwo jest tańsze i lepsze, i wolno je pić w miejscach publicznych, a mimo to nie widuje się jakoś grupek pijanych wandali. Każdy pracownik niższego szczebla zarabia wystarczająco, żeby sobie zjeść obiad w knajpie, jeśli mu się akurat nie chce ugotować. W każdym Albercie stoi maszyna do oddawania butelek i żadna kasjerka nie patrzy krzywo, że masz ich za dużo albo z innego sklepu. Stoją też młynki do kawy, co mnie ostatecznie rozłożyło, bo jeśli już kawa, to tylko dobra i świeża. Na gotowych kanapkach obok daty ważności jest napisane, jaki to dzień tygodnia – taki drobiazg, a jak ułatwia życie. Ochroniarz na dworcu zatrzymał nas w drodze do kolejki po bilet i wskazał inną, pustą kasę, żeby nam było łatwiej i szybciej. I tak dalej.

W dodatku pierwsze słowa, jakie usłyszeliśmy od czeskiej pani konduktor, tuż po tym, jak nam z uśmiechem sprzedała bilety, brzmiały: – „Zaraz będziemy mieli tam z tyłu pusty wagon, to sobie idźcie tam i usiądźcie.” Pierwsze zaś, co w drodze powrotnej rzekł do nas konduktor polski (tuż po tym, jak Izu otworzyła drzwi, żeby go zapytać o bilety), brzmiało:  -„No i takie, kurrrwa, otwieranie i zamykanie!”

Poza tym było cudnie. Cztery dni w gościnie u Zubila, który  po pierwsze zna chyba na pamięć historię tej części Europy wraz z szerokim kontekstem kulturowym (nie pamiętam jednej dziesiątej tego, opowiadał nam podczas zwiedzania miasta), po drugie robi fantastyczne śniadania, po trzecie jest niesamowicie pozytywnym człowiekiem, dzięki czemu cały wyjazd był kolorowy, ciepły i magiczny. Cztery dni picia czeskiego ciemnego piwa – hell yeah! I łażenie po Pradze, która jest drugim najpiękniejszym miastem świata (choć widziałam tylko dwa zagraniczne, więc nie powinnam się wypowiadać). Zakochałam się w niej podczas pierwszej wizyty i teraz spotkałam się z nią ponownie, z przyjemnością odkryłam, że dalej się lubimy i pogłębiłam znajomość. Miasta są jak ludzie.

Kainowi Praga się podobała, szczególnie zadowolony był z dobrego piwa i tego, że można je legalnie pić nad Wełtawą lub w pociągu. Ciąganie po kościołach i cmentarzach zniósł dzielnie. Z tego miejsca nie przepraszam, że trzeba było mnie siłą wyciągać z katedry św. Wita, która mnie urzekła, podbiła i zawłaszczyła. Nadal nie wiem, jakim cudem nie padłam tam na kolana i nie przyrosłam tymi kolanami już na zawsze. Pewnie tylko dlatego, że wówczas modlitwa, jaką wzniosłam, nie miałaby szans się spełnić.


W fotograficznym skrócie:

Romans z Krakowem

Weekend był fantastyczny. Planowałam go od dobrych dwóch miesięcy, nie do końca wiedząc, co i z kim będę robić w tym Krakowie, bo zawirowania towarzyskie były szalone. W rezultacie ci, co mieli być w Krk, siedzieli za granicą, a ci, co mieli być za granicą, pozostali w Krakowie. Ja nie narzekam.

Zatrzymałam się, rzecz jasna, u Alq i Lisa. To jest niesamowite, jak ja u nich zawsze miło spędzam czas. W pięknym, dwupoziomowym mieszkaniu, gdzie zazwyczaj znajduje się dla mnie wolny pokój, a każdego z trojga gospodarzy uwielbiam, choć każdego na zupełnie inny sposób ;) Tym razem najwięcej czasu poświęcił mi A., sprawiając, że czas od piątkowej nocy do powrotu wspominam jako jedną wielką, niekończącą się przyjemność.

W piątek po przyjeździe wystroiłam się i poszłam świętować pierwsze urodziny AdTaily. Spodziewałam się dzikiego tłumu, tymczasem w dużym i zimnym klubie było może ze sto, sto pięćdziesiąt osób i ogólne wrażenie pustki. Ale był tort, piwo i kilka znajomych twarzy, między innymi Suchy, co zapewniło mi ostry trening przepony i mięśni śmiechu. W trosce o pozostałe mięśnie zaczęliśmy nawet tańczyć, ale na ten widok największa sala natychmiast opustoszała, więc więcej nie próbowaliśmy. Nie należy krzywdzić widzów bardziej, niż to konieczne.

Wróciłam niezbyt późno, jakkolwiek dwie trzecie gospodarzy już się kładło spać. Jedna trzecia, czyli A., wrócił około północy i otworzył butelkę wina. I zagadaliśmy się na amen. O trzeciej nad ranem A. wprawił mnie w zachwyt, proponując spacer. Kolejne dwie godziny chodziliśmy nad Wisłą, nadal gadając i nadal nie było nam dość. Nocne rodaków rozmowy to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Szczególnie, jeśli rodacy są przystojni, inteligentni i szarmanccy, prawda.

Świt nad wodą był zupełnie nierealny. Jak nie w mieście, jak nie na zwykłym spacerze, nie jak cokolwiek prawdziwego. Lewitowałam, zauroczona widokiem, tym przede mną i tym u boku.

Wróciliśmy o piątej, senni i trochę zmarznięci. Mężczyzna, który o piątej nad ranem szykuje dla mnie kakao z cynamonem, prawdopodobnie miałby moje serce na wieki, ale nie uprzedzajmy faktów, będzie jeszcze fajniej. Tymczasem poszliśmy spać około szóstej i gdyby nie frustrująco puste łóżko (Kain w Warszawie), zasnęłabym w ułamku sekundy.

Wstałam około południa i zaczęłam się zbierać na śniadanie z Filetem, której też wcale nie miało być w ten weekend w mieście na K. Zostałyśmy zaprowadzone na to śniadanie, a jakże, przez A., który wpałaszował jakąś ogromną porcję czegoś z pewnością nie nadającego się na śniadanie dla dam. My jadłyśmy sałatki. Następnie poszliśmy na Planty, a gdzieś w międzyczasie rozpadł mi się but. Japonki z HaEmu miałam na sobie pierwszy raz od ich nabycia i najpierw trochę się zdenerwowałam, ale potem, rada z pretekstu, pomykałam po bruku na bosaka. Uwielbiam chodzić boso.

Posiedzieliśmy na ławeczce, odprowadziliśmy Fileta kawałek w stronę dworca, a potem poszliśmy po kolczyki. Kolczyki z Floriańskiej są stałym elementem moich wypraw do Krakowa – tym razem kupiłam turkusowe koty. A potem znów łaziliśmy i łaziliśmy, A. zatrzymał się na rynku i kupił mi kwiatek, potem zaprowadził na kawę… Skończył się upał i zaczął deszcz, kompletnie mi to nie przeszkadzało, byłam w ulubionym mieście, miałam kawę, kwiaty, towarzystwo i poziom endorfin, który wystarczyłby do obdzielenia średniej wielkości wsi. Żeby ten wpis nie zamienił się płynnie w opis zalet mojego towarzysza powiem tylko, że do końca weekendu każda spędzona razem chwila była na wagę złota, a i to nie wiem, czy bym się zamieniła. Z tego więc miejsca, jeśli Waćpan to przeczytasz, składam dzięki.

Wieczorem było blipiwo, dość kameralne, ale bogate w ten, zawierający się w nazwie, napój – podobno sto rodzajów piwa, osobiście mogę ręczyć za kilka rzadkich, a świetnych. Knajpa nazywa się Smocza Jama i promuje się wzorowo – nie tylko mają profil na blipie i wolny stolik w sobotę wieczorem, ale także zaserwowali nam wiśniówkę i miętówkę na koszt lokalu. Mam szczerą nadzieję, że Blipowicze z Krakowa pozostaną wierni knajpie, która tak ładnie zaczęła znajomość.

W niedzielę leniwy poranek, domowy obiad i kolejny długi spacer po słonecznym, upalnym mieście.
Do Warszawy wracałam stęskniona, ale i z lekkim żalem. Kto wie, ile jeszcze rzeczy mogłoby się zdarzyć, gdybym została troszkę dłużej? :)

Maj pachnie

Skoro nie macie nic do powiedzenia na mało elegancki temat, który poruszyłam wczoraj, to pora zatrzeć niemiłe wrażenie i napisać coś o dupie Maryni. Ale widzę, że czytacie, a to dobrze, gdyż poprzedni temat jest ważki i trzeba go nagłaśniać, zanim wszyscy zamienimy się w chore jednostki w uciskowych rajstopkach.

Siedzę przy moim wielofunkcyjnym, kuchenno-gabinetowym blacie roboczym i strasznie mi się nie chce wstać i iść do sklepu. Zwłaszcza, że właśnie spożyłam śniadanko, dobrze zasłużone czterema godzinami pracy i negocjacji. Ale. Dobrze wiem, że kiedy już wyjdę, z kolei nie będzie mi się chciało wracać.

Albowiem gdyż ponieważ jest wiosna! Już do jakiegoś czasu, ale ja nadal się napawam. I ona, wiecie, PACHNIE. Konwalie. Bez. Liście. Ziemia. Deszcz. Trawa. Wszystko pachnie jak dzikie, w tym także dęby, które właśnie kwitną, moje łzawiące oczy są tego pewne. Ale dęby też kocham, muszę tylko pamiętać, żeby nie przystawać w pobliżu, a wychodząc z domu, przemykać szybko moją ulicą, na której pysznią się szypułkowe pomniki przyrody.

Nie nadążam. Znów nie kupię wszystkich rodzajów kwiatów do domu, zanim skończy się sezon, nie nawącham się wiosny, zanim zacznie się (jeszcze bardziej cudowne) lato, nie ponoszę pończoch, zanim będzie na nie za gorąco. Poza tym przydałoby mi się małe dziecko w charakterze pretekstu do spędzania całego dnia na dworze. Nawet sobie nie pójdę z laptopem pracować, bo co chwilę sprawdzam coś w internecie, a nie mam takiego przenośnego.

Ale nie marudzę. Zachwycam się. Wącham. Robię ogórki małosolne (pierwszy raz w życiu; wyszły niezłe). Czekam na truskawki. Kupuję kwiaty i umawiam się na spacery. Maj to cudowny miesiąc.

Wiosna, czy ki diabeł?

Zupełnie nagle się okazało, że ciągle imprezujemy. Sobota – Beltaine, niedziela – urodziny Mamy, czwartek – tramwaj, piątek – posiadówka u Pala, sobota – blipognisko, niedziela – imieniny Mamy. Przyszły tydzień wcale nie wygląda lepiej. Kain zaczyna mówić o przeprowadzce na bezludną wyspę. Ja jestem zmęczona i szczęśliwa.

Żeby to jeszcze było tak, że lecimy w te pędy na każdą możliwą imprezę, ale wcale nie. W ogóle w tym tygodniu planowaliśmy tylko ognisko, ale jak tu nie spotkać się z dawno nie widzianym znajomym? I jak tu nie iść na balangę w tramwaju? Niedługo będziemy musieli zapisywać sobie w kalendarzu te dni, w które na pewno nigdzie nie wychodzimy.

Prócz imprez są inne przypadki losowe: a to popilnować jakichś dzieci trzeba, a to znów ktoś z rodziny ma jakieś święto, a to koleżanka robi happening i trzeba jej pomóc, a ja mam czas przecież. Znaczy już nie mam. Niniejszym ogłaszam, że na ten tydzień jestem już załatwiona, więc jeśli ktoś coś, to najwcześniej w następny poniedziałek. Chyba, że macie dla mnie robotę, to rzucę wszystko i będę pisać.

A na blipognisku było między innymi tak: