Archiwa tagu: zdrowie

Magiczka od kręgosłupa

Otóż naprawiono mi kręgosłup. Teraz boli z szoku, że ten dysk nagle się pojawił w miejscu w którym do od roku nie było. Ale ogólnie jest o niebo lepiej. Nadto zabroniono mi biegać, bo to niedobre na dyskopatię (a poważnie chciałam zacząć!). Ale spoko, za tydzień zaczynam trzecie zajęcia w tygodniu, takie dla połamanych babek z małymi dziećmi, co nie mogą (babki, nie dzieci) dojść do siebie. Będzie podobno dużo pilates. Pilates na dyskopatię owszem, można i należy.

Czarodziejka od kręgosłupa rozmasowała mi go i nastawiła niemal bezboleśnie. Dopiero drugiego dnia poczułam się, jakby mnie ktoś posiniaczył, ale wierzcie mi, że to boli mniej niż przedtem.

Pilates, aerobik i jeszcze takie zajęcia dla Licha oznaczają, że będę klientką klubu fitness cztery razy w tygodniu. Ja! Magia karty Multisport.

Ha ha hashi

Poszłam dziś do lekarza z kompletem szczegółowych badań, spodziewając się, że zdiagnozuje mi ciążowe zapalenie tarczycy, które może samo niedługo przejdzie. Wyszłam z diagnozą: zapalenie przewlekłe, Hashimoto.

Strasznie mnie to walnęło. Wyszedłszy, zadzwoniłam od razu do Caina, co było zaiste świetnym pomysłem, zważywszy, że ma wymagającą intelektualnie pracę. Potem zadzwoniłam do mamy i kwadrans później mama robiła mi herbatę, uspokajając, że „Hashimoto to taka wygodna szufladka dla lekarzy”.

Nie jest to, oczywiście, życiowa tragedia, od tego się nie umiera, czasem trzeba brać leki, a w ogóle choroba z czasem mija. Znam co  najmniej kilka osób chorych na chorobę Hashimoto i mają się one zazwyczaj całkiem nieźle. Ale jakoś nie mogę się nie denerwować, mimo że w moim przypadku choroba nie daje obecnie żadnych objawów i w żaden sposób mi nie szkodzi; jedynym jej objawem są wyniki badań. Nadczynności też, jak się okazuje, wcale nie mam. Powinnam się zgłosić za pół roku na badania kontrolne i tyle.

Co zabawne, nadal nie wiem, czemu czuję się jak kupa. Skąd te zmiany nastroju, zmęczenie, chudnięcie mimo wilczego apetytu, skąd problemy z koncentracją i pamięcią? I, last but not least, ten wkurw permanentny (choć ostatnio mi trochę lepiej, zapewne dlatego, że nie mam siły)?

Mama mówi, że to zwykłe przemęczenie. Jeśli tak, to trochę słabo. Na to nie ma tabletek.

Spokojnie, to tylko hormony

Jestem w trakcie badań, które ustalą, o co właściwie chodzi z tą moją tarczycą i czy to zapalenie (po)ciążowe, które zapewne przejdzie, czy jakaś grubsza sprawa. W obu przypadkach jednak smutne fakty są takie, że będę chodzić wkurwiona i zmęczona jeszcze pewnie kilka miesięcy. No, tygodni co najmniej. Dziś byłam dokładnie o włos o awantury, jakie robiłam będąc nastolatką. A wtedy to ja, och, tak się pięknie awanturowałam, jak nikt. Przedmioty latały w powietrzu, decybele też, nie oszczędzałam ni gardła, ni ręki. Bibeloty, kubki, talerze, wszystko, co się głośno i efektownie tłukło, fruwało w powietrzu i rozpryskiwało się na kawałeczki na podłodze. Następnie siadałam w tym pobojowisku i rzewnie płakałam.

Potem sprzątałam i szłam spać.

No i dziś byłam o krok, mały kroczek od takiej akcji, telepało mną, szczęki mi się same zaciskały, nic nie byłam w stanie porządnie zrobić, a każdy następny fail zwiększał wkurwa. W tym stanie gotowałam, piekłam i pracowałam, a nawet usypiałam dziecko (o dziwo skutecznie). Kiedy o tym piszę, od samego wspominania znów mnie zaczyna telepać.

Czy był jakiś powód?

Deadline mi się nałożył z gotowaniem obiadu. Tylko tyle.

Gdzie są moje okulary

Ze zdziwieniem patrzę dziś na świat, nieograniczony ramkami okularów. Do góry, w dół i na boki – wszędzie widzę. Dużo i z daleka. Z bliska gorzej, ale też co nieco; na przykład w lustrze widzę, że:
– nos mam bardzo długi
– wory pod oczami
– oczy w ogóle duże, lecz o dziwnym jakimś kształcie
– i tak jakoś strasznie dużo miejsca między policzkiem a okiem.

Wszystko to maskowały dotychczas okulary. Maskowały od dwudziestu kilku lat, stanowiąc dominujący akcent w mojej twarzy. Kochałam je za to, było nam razem bardzo dobrze, lecz teraz moja córka wciąż mi je zabiera i uznaliśmy, że w soczewkach kontaktowych będzie lepiej i bezpieczniej.

Cierpię.

Umiem się malować tylko pod okulary. Umiem czytać tylko w okularach. W soczewkach trudniej, nie mówiąc o pisaniu na komputerze. W ogóle, jak się okazuje – nie bardzo umiem patrzeć. Człowiek bez okularów musi się wysilić dużo bardziej, niż ten, co ma szkiełka. Na przykład nigdy dotąd nie miałam tak, że za każdym razem, gdy przenoszę wzrok na inny przedmiot, muszę się skupić chwilkę i mrugnąć, zanim dostroi mi się ostrość. Podobno każdy tak ma, a że soczewki kontaktowe bardzo nieznacznie zmieniają  naturalną optykę człowieka, to teraz mam tak i ja. W okularach nie miałam. Z czytaniem zaś jest ponoć tak, że okulary pomagają skupić obraz, który mamy przed nosem. Kontakty nie pomagają i tekst bardziej „pływa”. To znaczy mnie pływa, normalnemu człowiekowi pewnie nie, bo od dziecka umie czytać bez okularów.

I tak oto dwadzieścia parę lat protezowania rozleniwiło mnie i oduczyło normalnego patrzenia. Podobno się przyzwyczaję, ale może to potrwać nawet kilka tygodni. Poprzednim razem, jakieś 5-6 lat temu, nie przyzwyczaiłam się wcale. Źle widziałam w soczewkach i koniec. Może teraz będzie lepiej; dziś nie przeszkadzały mi, dopóki nie usiadłam do pisania.

W sumie najbardziej motywuje mnie myśl o ciemnych okularach. Kapelusz, ciemne okulary i szminka – z takim arsenałem kobieta może wszystko!

Hura, jestem chora

Nie jestem wredną suką, która warczy na wszystkich wokół bez żadnego powodu.

Nie jestem leniwą flądrą, która nawet nie potrafi zadbać o własną cerę i dietę.

Nie jestem leniem o słomianym zapale, co to wszystko zaczyna, ale nic nie doprowadza do końca, bo mu się nie chce, za to ciągle by spał, choć nic nie robi (ha,ha).

Nadczynność tarczycy powoduje, najogólniej mówiąc, nadmierny metabolizm, a w konsekwencji – rozdrażnienie, zmęczenie, chudnięcie. „Wszystko by się chciało na raz, ale w gruncie rzeczy nie ma się na to siły” – powiedziała lekarka i tym zdaniem opisała mnie trafniej niż ktokolwiek. Brzydka cera, sterczące żebra, ciągły głód, zmęczenie, gorąco, permanentny wkurw – wszystko to nie jest wynikiem mojego beznadziejnego charakteru, tylko choroby i da się wyleczyć.

Co za ulga.

P. S. Laski, badajcie sobie tarczycę, już chyba co druga moja rówieśniczka ma z nią problemy. A leczyć się trzeba. Oraz dziękuję Aleksandrze za ten artykuł, a Monice za to, że mi go pokazała.

Pajacyk

Aerobik jest dwa razy w tygodniu. Chodzę, to znaczy byłam na razie trzy razy i zamierzam kontynuować. Klub jest tylko dla kobiet, a te konkretne zajęcia – tylko dla mam z niemowlakami. Zaraz po aerobiku dla ciężarnych. Każda pani ma ze sobą małe dziecko, kładzie je na macie, daje jakiś gadżet do zabawy i jedziemy. Skoki, skłony, wymachy, sama nie wiem co, ale wszystkie laski robią to bardzo ładnie. Ja natomiast wyglądam jak patyczkowy pajacyk na sznurku. Łapki mi latają, nóżki podrygują. Kości sterczą. Nie nadążam. Nie znam terminologii. Nie umiem brzuszków, gubię małą piłkę, spadam z dużej, tracę równowagę. Mylą mi się strony, bo raz patrzę na prowadzącą, raz w wielkie lustro. Okazało się też, że w ogóle nie mam poczucia rytmu i koordynacji, gdy trzeba ćwiczyć na raz rękami i nogami. Oraz robię wdech tam, gdzie ma być wydech i odwrotnie.

Wszystko to nie robi mi najlepiej na miłość do własnego ciała, ale dosyć mobilizuje. Zakładam bowiem, że od aerobiku nie schudnę, lecz nabiorę kondycji, a przy odrobinie szczęścia może także nieco mięśni. Troszeczkę, nie chcę dużo.

Ej, a może tam mają wyszczuplające lustra? Powiedzcie, że mają! Ale nie, inne panie w odbiciu też wyglądają ładnie. Nie grubo, nie chudo. Aerobowo.

No ale. Okazuje się, że aerobik bardzo mi się podoba, choć nigdy w życiu bym się tego po sobie nie spodziewała. Nawet jestem w stanie dla niego wstać godzinę wcześniej i szybko ogarnąć nas obie, choć zwykle śpimy do 10, a do południa leniuchujemy. Wreszcie poczułam tego kopa, którego daje aktywność fizyczna, choć te zajęcia nie są jakieś kompletnie wypluwające, można potem jeszcze żyć. Pewnie specjalnie, żeby adeptki nie padły tam, gdzie stały, porzucając przychówek. Zjadam potem coś dobrego, wypijam dużo wody i jestem jak nowa. Po trzecich zajęciach już mi się prawie nie trzęsą nogi ;)

Dbam o siebie

Doszłam do wniosku, że nie mogę być taka coraz słabsza i coraz szczuplejsza i trzeba się wziąć za siebie. Wyliczyłam sobie, że powinnam jeść 2500 kcal dziennie, zainstalowałam specjalny kalkulator w komórce i liczę. Nie jest łatwo. Primo, ja tyle nie jadam, nie jestem przyzwyczajona. I nie bardzo mam czas, zwłaszcza szykować, a gotowe często równa się mniej zdrowe, że o kosztach nie wspomnę. Koło 20.00 zwykle okazuje się, że brak mi jeszcze 700 kcal, czyli akurat tyle, o ile zwiększyło się moje zapotrzebowanie w związku z karmieniem Licha.
Secundo, w mojej aplikacji – a także na stronach internetowych – nie ma wielu rzeczy, które jem. Nic dziwnego; użytkownicy tego typu stron zwykle starają się schudnąć i nie jedzą napoleonek lub kurczaka w cieście.

Jednocześnie zaczęłam chodzić na aerobik, żeby nabrać trochę kondycji. Chodzę razem z Lichem, dzięki czemu mogę to robić dwa razy w tygodniu rano. Po pierwszych zajęciach kupiłam sobie spodnie do aerobiku i jestem szykowna. Na weekendy planuję samotny basen, a mam tu w okolicy taki słony, bez chloru. Kostium w drodze.

Po zakupach garderobianych widać, jaka ze mnie była sportowa dziewczyna. Miałam tylko ciuchy w góry (ale plecaka już nie). I efektowne bikini do świecenia brzuchem na plaży. Tymczasem wspomniany aerobik całkiem mi się spodobał. W życiu bym się tego po sobie nie spodziewała.

Po ponad tygodniu liczenia kalorii waga przestała spadać, a nawet jakby leciutko ruszyła w górę. Domyślam się, że na efekty ćwiczeń będę musiała czekać trochę dłużej, toteż trzymajcie kciuki za moją cierpliwość…

Młoda staruszka

Boli mnie WSZYSTKO. Łydki, kolana i uda. Plecy (ojezu, ale jak). Ręce, barki, nadgarstki. A najbardziej kostki nóg. Kostki bolą od kilku tygodni i w dodatku puchną. Nie pomaga wapń, witamina D ani spacery. Ani ruch, ani odpoczynek. Słowem – ogólna masakra.

Większość tych dolegliwości to zwykłe uroki macierzyństwa. Żałuję, że nie weszłam w nie z lepszą kondycją; niestety zawsze byłam raczej z tych drobnych i słabych. Z kostkami przejdę się chyba do lekarza, ale podejrzewam, że przejdzie samo. Za jakieś pięć lat ;)

Luty struty

Chorowaliśmy – można rzec, że rodzinnie, bo zarówno my, jak i Siostra z całą czeredą. Zaraza krótka, lecz zjadliwa; po dwóch dniach choroby – tydzień osłabienia. Tylko najmłodsze dzieci, te na maminym mleku, wykpiły się lekką wersją.

Kain dostał się do chirurga, który miał mu wyleczyć ganglion. Czy wyleczył – to się okaże, bowiem prywatny ortopeda wspominał coś o lekach, ale państwowa przychodnia ani myślała je stosować. Przebili igłą, wyciągnęli płyn i mówią, że jak wróci, to zapraszają ponownie. Podobno jest szansa, że nie wróci. Wolałabym, żeby leczył się prywatnie, ale o kosztach już pisałam :/ Notabene jedna państwowa przychodnia zarzekała się, że to do ortopedy, a druga, że do chirurga. Ta druga miała krótszy termin oczekiwania – ortopeda na NFZ dostępny JUŻ w czerwcu.

Luty się kończy i wciąż nie wiadomo, gdzie Kain będzie pracował. Chciałabym, żeby już coś zostało klepnięte.

Zmarła przyjaciółka mojej mamy, ciocia, z której synem byliśmy w dzieciństwie nierozłączni. Zaledwie w zeszłym tygodniu odwiedziłam ją z Lilą i wmawiałam sobie, że będzie dobrze. Byłam na pogrzebie, ale ze wszystkich sił staram się nie myśleć o sprawach ostatecznych. O tym na przykład, że były z moją mamą niemal w tym samym wieku. Albo o tym, jak się czują jej dzieci. Nie mogę. Wkładam zbroję, skupiam się na sprawach praktycznych, myję podłogę, umawiam się z ludźmi, planuję budżet.

Zimo, odpuść już.