Archiwa tagu: zima

A jeśli już zawsze będzie zima?

Moja córka urodziła się 30 listopada. Następnego dnia spadł śnieg. Dziś jest 31 marca, a za oknem zamieć. Brnęliśmy w tej zamieci od mojej mamy do domu, pod wiatr i pod ten cholerny śnieg. Moja córka zna tylko zimę, a skończyła właśnie cztery miesiące. Myślę, że to smutne.

Cztery miesiące zimy to za dużo. Za długo. Ludzie chorują, nie mają energii, brakuje nam witamin (nie zadbałam o codzienne surówki, #zła_matka_i_żona). Marzę o wiośnie codziennie, kupiłam nam wiosenne sukienki (Kainowi nie), żyję wiosną. Od wielu tygodni. I powoli zaczynam się czuć, jakby ona miała nigdy nie nadejść.

Melatonina atakuje o zmroku

Jest całkiem znośnie. Wprawdzie słońce szlag trafił na rzecz chmur i śniegu, a żadne moje buty nie nadają się na śnieg, wprawdzie nadal szukam pracy i nadal mamy jakoś dziwnie mało kasy, ale wszystko to wydaje się znacznie łatwiejsze do ogarnięcia, kiedy mam arsenał środków na zimowego doła i nie waham się tego arsenału używać.

Staram się pamiętać o piciu dwóch-trzech kaw dziennie zamiast jednej (organizm musi wiedzieć, że jest dzień i nie śpimy) i o zjedzeniu czasem czegoś słodkiego (takim, jak ja, pomaga, zamiast usypiać). W solarium nadal nie byłam, bo uznałam, że było za zimno, ale mam to w zapasie jako doraźny środek na nagłe pogorszenie. Pamiętam o tym, że światło i ruch robią mi dobrze i nie oszczędzam ani jednego, ani drugiego. Nie oszczędzam też ciepła i mimo, że nie ma teraz takich mrozów, trochę się dogrzewamy pożyczonym, elektrycznym grzejnikiem. Zresztą mój nieoceniony brat odkrył, że aby w mieszkaniu było cieplej, wystarczy włączyć okap nad kuchenką – bo otóż z okapu wieje zimnem. Odwrócenie ciągu powietrza od razu poprawia sytuację.

Artykuły o sezonowym obniżeniu nastroju polecają rozpoczynanie dnia od zimnego prysznica, sportu i kawy. Aż taka twarda nie jestem, wciąż preferuję gorącą kąpiel i facebooka, tylko ta kawa się zgadza. I codziennie obserwuję u siebie zapał tudzież optymizm w ciągu dnia, natomiast dokładnie w chwili, kiedy zachodzi słońce, zaczynam się czuć jak zdmuchnięta świeczka. Melatonina atakuje o zmroku. Wczoraj dałam jej Burna i uciekła, ale przecież nie będę się tak truć codziennie. Dobrze chociaż, że zazwyczaj przyjmuję niewiele kofeiny i ona na mnie jeszcze trochę działa ;)

W ramach kolorowania zimy zaróżowiłam sobie włosy na nowo. Odcień jest inny, niż poprzednio i chyba mi się nie podoba, ale z trzech osób, które mnie od wczoraj widziały, trzy pochwaliły, więc niech już będzie.

Byle do wiosny.

Fototerapia

Najczęściej rekomendowaną metodą na sezonowe zaburzenia nastroju jest fototerapia. Opowiadam siostrze, jak powinno się stosować fototerapię w domu:

Ja: – Taką lampę najlepiej jest włączać codziennie rano, najlepiej po ośmiu godzinach snu.
Siostra, mama trójki, w śmiech: – I pewnie jeszcze nieprzerwanego?
Ja: – No wiadomo. I potem, uważasz, włączasz ją na dwie godziny, które, jeśli dobrze zrozumiałam, też jeszcze śpisz.
Siostra w śmiech przez łzy. Ja również.

Po 10 godzinach snu codziennie to ja, proszę Państwa, nie mam żadnej depresji.

Zróbmy sobie ciepło w zbiorkomie!

No dobra, ciepło to przesada, ale trochę, troszeczkę cieplej możemy sobie zrobić. My, pasażerowie.

Warszawa, późny wieczór, siarczysty mróz. Na przystanek podjeżdża stary, prawie pusty, niedogrzany tramwaj. Otwierają się trzy pary drzwi, każdymi wysiada jedna osoba. Tramwaj stoi jeszcze dłuższą chwilę, zanim drzwi się automatycznie zamkną, a mróz z dworu radośnie wdziera się do środka. Każdy z wysiadających użył tak zwanego „ciepłego guzika”, otwierając drzwi tylko dla siebie. Gdyby te trzy osoby wysiadły jednymi drzwiami, tramwaj – TA DAM – nie wyziębiałby się tak szybko.

Spróbujcie tak zrobić – nie otwierać sobie osobnych drzwi, tylko wysiąść tymi, które już otworzył inny pasażer. Albo przed którymi na przystanku czekają inni, żeby wsiąść. Im więcej osób zechce stosować tę prostą regułę, tym więcej cennej energii zaoszczędzimy, przynosząc ulgę przemęczonym, starym grzejnikom w tramwajach i autobusach ;)

Bo na to, że miłościwie nas wożący wymienią na już cały tabor i jeszcze zaczną w nim porządnie grzać, raczej bym nie liczyła.

Zimowa depresja z kabaretem w tle

Wiem już, wiem, co mi dolega, czemu wciąż marudzę, czemu tak mi się chce spać i wszystko wydaje mi się do dupy. Poczytałam sobie moje własne notki, publikowane tutaj rok temu, na przełomie stycznia i lutego. Wychycha z nich jedna wielka, czarna dupa („kiedy wyjrzy jak dupa z pokrzywy pysk zły i obrzydliwy”). Deprecha, dół, ciemność, zimność, dodomudalekość i masakra. I oto w okolicach lutego pojawia się radosna nocia o tym, że wiosna, bo pączki na drzewach, zapach powietrza, coś tam coś tam.

Wniosek:
(„jeżeli kochać, jeżeli koochaać…!”)
mam najzwyklejszą na świecie zimową depresję (nie mylić z depresją w sensie choroby), klasyczną, coroczną, cykliczną. I co roku na nowo zastanawiam się, czego mi tak źle. Tuszę, iż następnym razem też zajrzę w archiwum, przeczytam ten wpis i się ogarnę.

#jestplan:
Sport, ruch, światło, w ostateczności  solarium – co jeszcze polecacie?

Szczęśliwego nowego roku

Od początku stycznia zdążyliśmy zaliczyć:

– wstrząśnienie mózgu
– rotawirusa
– półpaśca
– grypę czy inną anginę
– oraz kilka pomniejszych przeziębień.

A jeszcze nawet nie skończył się luty. Jak tak dalej pójdzie, niechybnie zginiemy. Pomijając wstrząśnienie mózgu, spowodowane zwykłą głupotą i zwykłą wódką z colą light, reszta wskazuje chyba na to, że coś jest bardzo nie tak z naszą odpornością. Doprawdy nie wiem, co z tym zrobić: jemy warzywa, a czasem także owoce, łykamy witaminki (od czasu do czasu), ubieramy się odpowiednio do pogody. Nie pamiętam, żebyśmy kiedyś tyle chorowali. No, może w liceum, wtedy mnie ciągle coś brało, zapewne niechęć do wkraczania w gościnne progi Reja.

Więc tym razem, jeśli macie jakieś rady, to ja chętnie, bo trochę mi już ręce opadają.

Nie będzie wiosny

W szkole podstawowej uczono mnie, że są cztery pory roku, a w Polsce nawet sześć, licząc z przedwiośniem i czymś jeszcze, nie pamiętam, może babim latem. Otóż dla mnie są dwie: ciepła i jasna oraz zimna i ciemna. Ta pierwsza w sposób oczywisty reprezentuje Dobro, druga zaś Zło. Latem budzę się rano, widzę słońce i szkoda mi dnia w domu. Wrzucam na siebie jakąś lekką szmatkę i pod byle pretekstem wychodzę. Zimą budzę się w południe, rzucam okiem w stronę okna i widzę ciemność. Ciężkie, szare chmury tuż nad głową, ilość światła, która wystarcza tylko, żeby podkreślić bury beton bloku naprzeciwko i czarne, gołe gałęzie drzew. Fuj. Ale walczę ze sobą, wstaję, staram się nie zapalać od razu lamp, tylko złapać choć trochę tego tak zwanego światła dziennego. Ale kiedy o 15.00 robi się wieczór, a dodajmy, że jeśli wychodzę do pracy, to zazwyczaj plus-minus o tej porze, naprawdę jest mi ciężko. Ok, nie marznę – jest centralne ogrzewanie, szczelne okna, ciepłe ubrania (nie znoszę się grubo ubierać, ale już trudno), gorące napoje. Nie muszę wychodzić z domu o świcie, kiedy jest najzimniej. Nie muszę, dajmy na to, wystawać w kolejkach przed sklepem. Cieszę się bardzo. Tylko tak strasznie brak mi światła i słońca!

A to dopiero listopad. Jak co roku jestem głęboko przekonana, że wiosny nigdy nie będzie.