Archiwa tagu: znajomi

Ducha wyzionę, a odpocznę

Pływałam w zimnym morzu, skakałam przez fale, jadłam ryby z kutra, mięso z grilla, lody i gofry, leżałam na piasku, piłam Specjala, chodziłam po molo w sukience w paski i wielkim kapeluszu. Wszytko w trzy dni. Wróciłam bardzo zmęczona! Ten cały plażing jest naprawdę wyczerpujący.

Było bombowo.

Pierdolę, idę do Szwecji.

Pierdolę, idę do Szwecji.

Papiloty

Było tak, że umówiłam się z sąsiadką na basen. Ten słony. We dwie raźniej, a sama to się nawet do sauny wstydziłam pójść. Bo jeszcze nigdy nie byłam, taka mało światowa jestem. No i ona, sąsiadka, nie sauna, przyszła po mnie rano. Niedawno wstana, ubrana normalnie, nieumalowana.

I wyglądała jak pieprzony milion dolców.

A ja w mentalnych papilotach i realnych nie umytych włosach, w ciuchach, które chwilę temu wydawały się w porządku (czyste, nie bardzo stare), na szybko oskrobana maszynką do golenia, żeby nie było wstyd w kostiumie. (I starsza o blisko dekadę, tak.)

Poszłyśmy na ten basen, popływałyśmy, weszłyśmy do sauny suchej i do sauny parowej, a nawet oblałyśmy się wiadrem zimnej wody. No, niecałym. Wracając kupiłyśmy sobie kosmetyki – dla samopoczucia – i ciastka – dla urody. Było bardzo fajnie, bo ja moją sąsiadkę ogromnie lubię.

A gdzieś po drodze zrobiłam mocne postanowienie: nigdy więcej papilotów.

 

Czilaut

Jestem imprezowym nieogarem. Jakoś mnie ostatnio nie kręci tłum i hałas. Byłam w Filotramwaju, który jak zawsze dawał radę, po półtorej godziny poszłam na koncert Roczenia, który też jak zawsze dawał radę, a po północy wróciłam do domu resztką sił, kompletnie rozjechana przez te dwa, jakże męczące, wyjścia. Tak, głównie siedziałam na tyłku i piłam wodę, a nie, że jakieś szalone balety. Jednak organizm domaga się swojej dawki spokoju, snu i tumiwisizmu.

Spotkałam dużo ludzi, którzy rzucali mi się na szyję i cieszyli, że mnie widzą. Też się cieszę, a pewnego dnia może nawet posiądę umiejętność rozpoznawania wszystkich z twarzy i imion, bo póki co – od lat – mam tak, że około piątego spotkania zapamiętuję albo nie. Inna sprawa, że  poznaję i spotykam jakieś szalone ilości ludzi, i to pomimo, że nie szlajam się po klubach. Ot, tu domówka, tam domówka, jakiś Tramwaj, jakiś Woodstock czy blipiwo. I nagle tłum znajomych, dobrych znajomych i półznajomych. Którzy się cieszą. Ludzie jednak są niesamowici – jak Rudit na przykład, z którą znamy się przelotnie z internetu, a tu nagle Ona mi pisze, że koniecznie musi mi wysłać w prezencie torbę i przypinki (trzy!) ze swoimi arcydziełami, i żadnych mi protestów. Jak przyjdą, to będę się (i Rudit) lansować na mieście.

Poza tym nuda, a jak już coś się dzieje, to akurat z gatunku „nie zapeszyć” albo „nie do publikacji”, więc musicie mi wybaczyć ;) Miałam współtworzyć komiks, ale poczułam, że mnie to nie wciąga. „Wojnę płci” także nieco zaniedbuję – jak to u mnie, początkowy zapał minął i został obowiązek małżeński; trochę też wyczerpałam listę tematów, które miałam w głowie – przynajmniej tych lżejszych, a za bardzo poważne nie chcę się brać, bo ani to nie miejsce, ani nie czuję, żebym miała do tego odpowiednie kompetencje.

Głównie pracuję, śpię i jem. Owoce i warzywa przede wszystkim, bo reszta artykułów spożywczych jakoś mnie nie wzrusza. Świeży szpinak, szparagi, pomidory, truskawki (kij, że tureckie i drogie), arbuzy. A zaraz będą kolejne dobroci i będę kupować na bazarze za grosze całe torby skarbów!

Zapomniałam

Ogólnie to jest tak, że mam, pardon, wyjebane. Wszystko mi jedno, póki nikt za bardzo ode mnie nie wymaga. Mogę leżeć na kanapie, mogę iść na spacer (ale powoli) mogą być jacyś ludzie, mogą nie być, mogę spać, mogę coś klikać. Interesuje mnie tylko spokój i odpoczynek, w związku z czym mój mózg uparcie ignoruje wszystko inne. Wypiera. Zapomina.

Jeśli miałam coś zrobić, do kogoś oddzwonić, umówić się, odmówić, załatwić, to sorry. Zapomniałam.

Poza tym powoli rozważam większą asertywność w kontaktach towarzyskich. Kiedyś na przykład postanowiłam niedziele spędzać w domu. Wychodzi różnie, ale głównie efekt jest taki, że umawiam się u siebie, a nie na mieście. Teraz zastanawiam się, czy nie byłoby zdrowiej tych niedziel w ogóle zostawić tylko dla siebie. Na odpoczynek (na przykład na wysprzątanie, wyszorowanie, wypastowanie, umycie i potem jeszcze manikiur, bo kto widział takie mieć ręce, jakbym w domu pracowała, prawda), więc na odpoczynek i nie wiem, pogapienie się w sufit, bez spiny, że jestem nieuczesana, w poplamionej sukience albo mi widać majtki. Albo bez planowania, o której obiad i czy nie wcześniej, bo ktoś przychodzi i przecież trzeba nakarmić, nie będziemy tak sami żreć gościowi na oczach. Albo że trzeba jeszcze zrobić zakupy, a ten ktoś spóźnia się dwie godziny i kiedy niby.

Druga rzecz to przekładanie spotkań, muszę nauczyć się odmawiać takiemu przekładaniu. Niby spoko, każdemu może coś wypaść, tylko ja mam zwykle tak: X. o 12, Y. o 15, 16-17 zakupy, Z. o 18, obiad nie wiadomo kiedy, odpoczynku wcale. I potem X się przekłada na 13.30 i jestem z całym planem w dupie. A potem sobie przypominam o czymś, o czym zapomniałam i jestem w dupie jeszcze bardziej. Wtedy się oczywiście strasznie wpieniam i już w ogóle wszystko jest beznadziejne. Dorzućcie moją upartą chęć, żeby być miłą dla każdego, z każdym się spotkać i żeby wszystkim było przyjemnie i macie kompletną wizję świruski z zapełnionym kalendarzem, którą każda zmiana o kwadrans przyprawia o palpitacje, że nie zdąży.

No, ale teraz mam wyjebane i chyba zacznę mówić NIE. Bo nie. Bo chcę poleżeć, popisać, poczytać, pospać. Bo chcę wyjechać, odpocząć.

Zresztą zapomniałam.

Ludzie są niesamowici

Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zdumiewać. Co i rusz obiecuję sobie, że już nic mnie nie zdziwi i wciąż zdarza się coś, o czym niby wiedziałam, że podobno czasem niektórzy tak potrafią, ale żeby w moim otoczeniu? Niee, niemożliwe. A jednak.

Przekrój jest ogromny, od małych świństewek po wielkie, ohydne świństwa i od małych przysług po wielkie, niezwykłe niespodzianki. Każda z tych rzeczy wywołuje u mnie okrzyk zdumienia. Większość świństw nie przydarza się mi osobiście – ja żyję w raju i jeśli cierpię, to na nadmiar miłości ;) Wielkie zemsty zawistnych ludzi jakoś mnie omijają (odpukać) albo szczęśliwie wypieram je ze świadomości. Kiepsko natomiast idzie mi wypieranie, jeśli idzie o moich bliskich – jeśli ktoś kopie dołki pod ludźmi, których kocham, to wściekam się tak, że ręce mi się trzęsą, zęby same się zaciskają i dziękuję Bogu & Akademii, że nie mam pozwolenia na broń. Wczoraj z tej wściekłości wyszorowałam wielkie, poczwórne okno w mieszkaniu. Miałam pisać, ale nie byłam w stanie. Teraz świat za oknem wydaje się być bliżej; nie jestem pewna, czy o to mi chodziło.

Wiedza, że siedziało się przy jednym stole i piło piwo z ludźmi zdolnymi do rzeczy podłych sprawia, iż odczuwa się niesmak nie tylko do tych ludzi, ale trochę też do siebie. Choć przecież nie mogło się wiedzieć, że akurat oni mają szczególne talenty. Jednych się jakoś od pierwszego wejrzenia nie polubiło, innych darzyło się sympatią, a teraz jakoś niezręcznie i mdło. Cóż, mówi się „spadaj” i żyje się dalej.

Dla równowagi są też przyjemne zaskoczenia, nieoczekiwane upominki od prawie obcych ludzi, nowe, miłe znajomości lub stare, pozornie dawno zakopane, ale znienacka rozkwitające.

Widać tak to już jest: wiosną roztapiają się psie kupy, ale za to słońce świeci jaśniej.

Abstynencja zmusza do kreatywności

Nie piję ostatnio alkoholu. Zaraz po tym, jak przestałam go pić, byłam zaproszona na trzy kolejne imprezy i ciekawa byłam, jak się będę czuła. Oczywiście już mi się zdarzało chadzać na imprezy i nie pić na nich, choć niezbyt często, bo nie jestem kierowcą ani kobietą w ciąży i były to bardzo sporadyczne przypadki zażywania antybiotyku albo po prostu poczucia, że ostatnio przesadziłam i organizm potrzebuje chwili odpoczynku. Teraz było zabawniej, bo się skumulowały okazje.

Jak wiadomo, głównym problemem w imprezowaniu na trzeźwo jest to, że reszta gości sobie nie żałuje i w pewnym momencie zwyczajnie wypada się z klimatu, traci trochę kontakt z imprezowiczami. Nie taki jednak diabeł straszny, zazwyczaj bowiem pora ta nastaje mniej więcej wtedy, kiedy i tak traciłabym kontakt z rzeczywistością, ponieważ około czwartej kolejki robię się senna. Okazuje się, że bawiąc się na trzeźwo robię się senna nieco później (to znaczy owszem, melatonina atakuje od 16.00, ale załatwiam ją kolejną kawą) i w efekcie jak w piątek wyszłam wieczorem, tak wróciłam w sobotę o piątej rano. A wczoraj poprawka, bo najpierw urodziny Siostry (było super, z żalem wychodziliśmy), a potem impreza znajomej, też świetna i też dość długa. Warto zauważyć, że gdybym na wszystkich piła – akurat u Siostry się raczej nie pije, ale załóżmy – prawdopodobnie leżałabym teraz w łóżku i niemrawo pojękiwała. A jestem nieco może zmęczona, ale czuję się świetnie.

Z czym mam problem, to z takimi momentami, kiedy siedzę sobie przy komputerze albo wracam do domu, albo jestem w knajpie i myślę: „napiłabym się czegoś dobrego”. Zamiast nalać sobie kieliszek wina, muszę kombinować i przyznam, że zupełnie nie mam pomysłów. Zazwyczaj piję herbatę, kawę i wodę. Lubię soki, ale to nie to. Ostatnio robiłam koktajl truskawkowo-mleczny, ale co jeszcze można? Podrzućcie mi jakieś pomysły na dobre i mało skomplikowane napoje. Mam blender (pozdro dla Izu!), ale nie chce mi się poświęcać dużo czasu na szykowanie, więc to muszą być proste rzeczy.

Walentynki przyszły i poszły, a my nie mieliśmy czasu ich świętować. Kain ma dodatkową pracę i nie śpi po nocach, a ja cichcem planuję zamach bombowy. W szafie leży schowany prezent, niezjedzone sushi chyba zaraz zacznie mi się śnić po nocach, bo nie mieliśmy kiedy na nie pójść i w efekcie zanim zdążyłam obchodzić Walentynki, poszłam na imprezę antywalentynkową (znajomi robią co roku). I tak to.

#po30

Nie wiem, jak to się stało – co roku powtarzam tę frazę – nie wiem, jak to się stało, ale mam trzydzieści lat. Ledwo co miałam osiem, potem przemknęło mi szesnaście i dwadzieścia dwa, a tu BUM – trzydziestka. Z hukiem, a co.

Najpierw zrobiłam tatuaż:

zdj: Hell Foto

A potem zrobiłam imprezę, od której trzęsły się ściany, a podłoga groziła zawaleniem. Przez kilka godzin mieszkanie było pełne cudownych ludzi, poprzebieranych w stroje w stylu lat trzydziestych. Kain był Popeyem. Patryk był żółwiem („W latach trzydziestych też były żółwie!”) :) Napoje wyskokowe lały się strumieniami (dosłownie, na parkiet też), muzyka grała, wszyscy rozmawiali, żartowali, śmiali się i poznawali ze sobą, bom nieco pomieszała towarzystwa, a pośrodku łóżka, między stosami kurtek i toreb, najspokojniej w świecie spał sobie mój roczny siostrzeniec. Kiedy będę miała dziecko, też chcę, żeby tak ładnie pozwalało rodzicom się bawić.

Jak przystało na staruchę jedną nogą w grobie, zostałam pogrzebana pod stosem prezentów i kwiatów. Pochwaliłabym się, jakie cudności dostałam, ale nieładnie się chwalić, więc tylko powiem, że księżniczka jest zachwycona! I jak tylko znajdę chwilę, pobiegnę nabyć wymarzone perfumy, a jak tylko ochłonę, zdecyduję się, czy pragnę lecieć szybowcem, czy może nurkować ;> Poza tym gdyby to, czego ludzie mi życzą i jakie przy tym prawią komplementy było prawdą, byłabym już co najmniej królową świata. Strasznie odpowiedzialna fucha.

Każdemu życzę takich okrągłych urodzin, a tym, co byli – ciałem lub duchem – dziękuję!

Furgony z erami, wagony eonów

Pilnie przyjmę dostawę wolnego czasu. Po imprezowo-wypoczynkowym weekendzie w Krakowie nastąpił powrót do normalności, która okazała się bogata w zajęcia zawodowe i dodatkowe. Raz, że trzeba nastukać trochę kasy, więc staram się pracować jak najwięcej, a dwa że jakoś wszyscy mają urodziny/imieniny/parapetówki/niewiemcojeszcze w styczniu. Jesteśmy w związku z tym zaproszeni na jakieś pięć tysięcy imprez i niestety większość z nich organizują ludzie, których naprawdę lubimy na tyle, żeby nagiąć nieco nasze godziny snu.

Tymczasem wyjście z takiej imprezy przed drugą w nocy jest trudne, bo każdy pyta, co tak wcześnie i czy ty naprawdę zamierzasz iść spać, kaman, życie prześpisz. No prześpię, trudno, za to wolniej się zużyję. Jak żółw. Żółw przesypia dwie trzecie życia, znaczy hibernuje, i podobno hodując żółwia w domu trzeba go hibernować w lodówce, bo inaczej zużywa się za szybko i nie żyje sto lat, tylko na przykład 40. To ja wolę spać czasem, wątrobę i inne narządy wewnętrzne oszczędzać, choć znam takich, co trzy imprezy dziennie, praca, dom i jeszcze mają siłę. Trochę zazdr, a trochę, że w sumie po co? Dłuższe przebywanie wśród ludzi męczy mnie psychicznie i zaczynam się robić wredna, więc chyba nie warto.

W ogóle to zaczęłam tę notkę pisać wczoraj rano, podczas gdy miły pan wpuszczał mi kolorowe tusze w skórę na plecach. Było fajnie, ale miałam lekkie problemy z koncentracją („myśl, że to depilacja, to łatwiej wytrzymasz”). A że potem pojechaliśmy via sklep na pierwsze urodziny Konstantego, a potem na podwójne urodziny kolegów, a potem to już trochę „pandłam” (jak mawia mój dwuletni podopieczny), więc kończę dziś. Tatuaż jest przepiękny, ale na razie nie będę tu wrzucać zdjęć, niech się wygoi.

Dziś dzień siedzenia w domu, sprzątania, milczenia, wyrzucania choinki – bo żałosny drapak się z niej zrobił – i chyba pracowania, bo przypomniałam sobie, że mam coś do napisania na jutro. Tymczasem niemrawo klikam w klawiaturę i czekam, aż Kain mnie od niej oderwie śniadaniem. No tak, wiem, że jest piętnasta i to pora raczej na obiad, ale ojtam.

O, kanapki! :)