Archiwa tagu: związki

Papiloty

Było tak, że umówiłam się z sąsiadką na basen. Ten słony. We dwie raźniej, a sama to się nawet do sauny wstydziłam pójść. Bo jeszcze nigdy nie byłam, taka mało światowa jestem. No i ona, sąsiadka, nie sauna, przyszła po mnie rano. Niedawno wstana, ubrana normalnie, nieumalowana.

I wyglądała jak pieprzony milion dolców.

A ja w mentalnych papilotach i realnych nie umytych włosach, w ciuchach, które chwilę temu wydawały się w porządku (czyste, nie bardzo stare), na szybko oskrobana maszynką do golenia, żeby nie było wstyd w kostiumie. (I starsza o blisko dekadę, tak.)

Poszłyśmy na ten basen, popływałyśmy, weszłyśmy do sauny suchej i do sauny parowej, a nawet oblałyśmy się wiadrem zimnej wody. No, niecałym. Wracając kupiłyśmy sobie kosmetyki – dla samopoczucia – i ciastka – dla urody. Było bardzo fajnie, bo ja moją sąsiadkę ogromnie lubię.

A gdzieś po drodze zrobiłam mocne postanowienie: nigdy więcej papilotów.

 

Dwa lata

Właśnie mija nam druga rocznica ślubu, a ja się zastanawiam, kiedy to się stało. Dopiero się poznaliśmy, dopiero zaczęliśmy spotykać – a tu siup, jedno mieszkanie, drugie, zaraz trzecie, ślub, dziecko (no, prawie), koty, kredyty. Poważna sprawa, zupełnie, jakbyśmy byli dorośli.

Tymczasem my jesteśmy wciąż tymi samymi wariatami: z niechęcią do spraw nazbyt poważnych, leniwi, dość beztroscy; prawdopodobnie zginęlibyśmy, gdyby nie łut szczęścia na każdym kroku.

Dlatego dziś zamiast oficjalnego zdjęcia ślubnego wrzucę foty z okresu, kiedy się poznaliśmy (czyli z listopada 2008 r.). O, proszę:

Czy coś się zmieniło? Chyba nie bardzo :)

Jesteśmy piękni, młodzi i wartościowi (nawet, jeśli samotni)

Przeraża mnie to, że ludzie widzą siebie i innych głównie przez pryzmat związków lub ich braku. Ostatnio znajoma na imprezie opowiadała swojemu towarzyszowi o obecnych tam ludziach. Opowiadanie sprowadzało się zasadniczo do informacji, kto z kim jest zaręczony, zaślubiony lub na kogo leci. Pomyślałam, że to straszne. Jestem sobą, Lucą – blogerką, copywriterką, poetką, imprezową dziewczyną, jestem wieloma rzeczami i pasjami, a nie „żoną Caina”, on zaś jest szalenie interesującym człowiekiem poza tym, że moim mężem. Tymczasem skrócona, imprezowa informacja sprowadza się do tego, że jesteśmy razem. Booriing. *

Gorzej, że ludzie w ten sposób patrzą też na samych siebie. Jeśli ktoś jest singlem, najczęściej dobija go towarzystwo par, wkurza rozmawianie o ślubach znajomych, a nawet przygnębia spotykanie atrakcyjnych przedstawicieli płci preferowanej (bo przecież i tak nic z tego nie wyjdzie). Wielu znanych mi singli – singli nie z wyboru, a z braku szczęścia, bo ci z wyboru to inna historia – wydaje się żyć w przekonaniu, że skoro nikogo nie mają, to są beznadziejni, zapóźnieni w rozwoju życiowym, nieustatkowani i w ogóle skończą nadjedzeni przez owczarka alzackiego lub stado kotów. Inne sprawy, jak stabilizacja zawodowa, ciekawe zainteresowania, osiągnięcia na różnych polach, uroda, inteligencja, styl, wykształcenie i masa innych rzeczy wydają się kompletnie tracić znaczenie wobec faktu, że nie dzielą łoża, stołu i kredytu z drugim człowiekiem. Tak, jakby dopiero czyjaś stała obecność czyniła nas wartościowymi ludźmi, godnymi miłości.

Problem w tym, że jeśli poczucie swojego szczęścia i własnej wartości opieramy na obecności drugiego człowieka i jego do nas stosunku, to już na wstępie jesteśmy w czarnej dupie. Raz dlatego, że ludzie są zmienni i relacje są zmienne, toteż każdy gorszy moment w takiej relacji będzie nas od razu wbijał w poczucie beznadziei. A gorszy moment może pojawić się choćby tylko dlatego, że partner jest chory albo przemęczony. Nie ma to jak łapać doła za każdym razem, kiedy narzeczona ma grypę, PMS albo problemy w pracy, prawda?

Dwa – i tu rzucę nie dość, że banałem, to jeszcze górnolotnym, sorry – dwa, że jeśli nie kochasz sam siebie, to utrudniasz innym pokochanie cię. Jeśli nie umiesz uszczęśliwić siebie, tym bardziej nie uszczęśliwisz dwojga. Jeśli nie żywisz głębokiego szacunku i głębokiego uczucia sam do siebie, to podświadomie dasz w związku sygnały, że nie jesteś go wart. Nieco upraszczam, ale zasadniczo mam rację ;)

Zdaję sobie sprawę, że jak napiszę tutaj: „ludzie, nie róbcie tak”, to nie sprawię magicznie, że osoby, które tak czują, przestaną tak czuć. Ale powiem tak: nie znajdziecie w drugim człowieku tego, czego tak szukacie. Macie to w sobie, w środku, i kiedy już się do tego dokopiecie, druga osoba na pewno pomoże Wam to powiększyć, pomnożyć i rozdmuchać w wielki ogień. Ale nigdy nie polegajcie tylko na niej – polegajcie na sobie, bo nikt Was tak nie potrafi uszczęśliwić, jak Wy sami.


*Uwaga, tłumaczę się: absolutnie nie chodzi mi o to, żeby zgłaszać pretensje do znajomej, którą w ogóle uwielbiam, ale ładnie mi pasowało do tematu. Koniec tłumaczenia się.

Nowy blog ;)

Kiedy ostatnio zakładałam bloga? Nie pamiętacie, co? Ja też nie.

OTO WIĘC JEST. Moje nowe dzieło, rurzowy (no a jakże) dziewczyński blogasek o chłopakach i o tym, jakie mamy z nimi problemy. Będzie: kontrowersyjny, emocjonalny, niepoprawny politycznie. Nie będzie: autobiograficzny, a w każdym razie nie bardzo.

Zapraszam: WOJNA PŁCI
oraz jej fanpage.

Koszmary

Północ. Cisza. Leżę i, wstrząsana kaszlem, próbuję zasnąć. Myśli błądzą sobie gdzieś, nie pilnowane. Nie wiedzieć kiedy i dlaczego zaczynam myśleć o wypadkach, ciężkich chorobach, śmierci i samotności.

Panie Boże, obiecaj mi, że on nigdy nie wpadnie pod samochód, nie zachoruje ciężko, nie dostanie zawału serca. Obiecaj, że nigdy nie będę trzymać jego głowy na kolanach, słuchając ostatnich przeprosin. Że nigdy nie obiorę telefonu z policji lub szpitala i nie usłyszę: „pani mąż miał wypadek”. Że nie wjadę pod tramwaj z nim na siedzeniu pasażera. Obiecaj mi, Tobie na jakiś czas uwierzę.

Nie, o dziwo nie miałam tej nocy koszmarów. Śniły mi się całkiem miłe rzeczy. Może dlatego, że usnęłam kurczowo trzymając za ramię mojego ciepłego, spokojnego, śpiącego zdrowym snem męża.

Nie jestem w tym dobra

Zaciśnij zęby, popraw makijaż. Nic się nie stało, nic się nie stało, to przejściowe, wszystko się ułoży, odzyskasz to, na czym tak ci zależy. Nie przerywaj pracy. Nie zatrzymuj świata. Sprzątać, zarabiać pieniądze, spotykać się z ludźmi trzeba nadal, jak przedtem. Porozmawiaj z kimś bliskim, napij się wina, daj sobie chwilę, a potem weź się w garść. Podnieś głowę, uśmiechnij się, trzeba się uśmiechać.

Niczego nie da się rozwiązać ani nikogo przywiązać za pomocą kajdanek i kaloryfera. Miodem się muchy wabi, czy jakoś tak. A octu nikt nie lubi. Więc popraw oko, uprasuj sukienkę, dopij melisę i czekaj.

Czekaj.


 

Tymczasem koniec lata

Burza wisiała w powietrzu od wielu dni. Mimo to wciąż świeciło słońce, było ciepło i pozornie spokojnie. Po jednym ze szczególnie pogodnych dni, spędzonych na dworze, opalonych, upalnych – wreszcie uderzyła i zmiotła, co popadło.

Ponieważ burze są naturalną i pożądaną koleją rzeczy, obecnie stopniowo powraca ładna pogoda. Pierwszy raz od dawna mam wrażenie, że może jednak tornado nie nastąpi i nie rozwali mi dachu nad głową. Tylko patrzeć, a wyluzuję zupełnie i nikt w najbliższym otoczeniu nie osiwieje, a nawet może ja sama też nie.

Tymczasem koniec lata i właśnie skonstatowałam, że wrzesień już za trzy dni. Wczoraj robiłam duże sprzątanie i ponieważ miałam zajęte ręce, a wolną głowę, mimochodem obmyśliłam plan finansowo-zawodowy na wrzesień. Nie jest to plan przyjemny, ponieważ, nie ma co się oszukiwać, nie stać mnie na luksus rozwijania firmy. Zlecenia owszem, przyjmę coraz chętniej, walcie jak w dym, bo chcę pisać i pisać, i pisać. Ale że jest to dość niepewny chleb, a nadal gardzę etatem (zresztą, w którym mieście miałabym go szukać?), plan zakłada także realizowanie się jako zawodowa ciocia. Jeszcze tylko nie wiem czyja, bo wszędzie na raz nie zdążę.

Drugą częścią planu jest sporządzenie czarnej listy. Na czarnej liście będzie wszystko to, czego we wrześniu NIE kupujemy. Bo jak bym nie liczyła wychodzi mi, że zarabiamy na rachunki, ubezpieczenie i inne stałe koszty – tak na styk. Drugie tyle chętnie byśmy przejedli, przepili, przepodróżowali i wymienili na praktyczne przedmioty codziennego użytku, ale, no cóż.

Jedno, co jest w tym wszystkim dobre, to że mam skille oszczędnościowo-kulinarne. Ugotowanie obiadu za 4 złote, zwłaszcza o tej porze roku, nie stanowi dla mnie problemu i nawet w szczególnie chudych tygodniach z głodu nie umrzemy. Żeby jeszcze tylko koty chciały jeść fasolę! ;)

Skutki uboczne

Z pewną fascynacją odkrywam reminiscencje wejścia w związek małżeński, które nigdy by mi nie przyszły do głowy. Na przykład mówię w towarzystwie (albo piszę na blipie), że mój facet to czy tamto. I w ciągu pięciu sekund pięć osób mnie karci: „MĄŻ! Masz męża, a nie faceta!”. No doprawdy, to co, przestał być facetem? A ja kobietą, skoro już przy tym jesteśmy? I teraz mam każdą wzmiankę o Kainie rozpoczynać od słów „mój mąż”? Trochę jakby pretensjonalne.

Druga rzecz, dość zabawna, to fakt, że najwyraźniej jako kobieta zamężna stałam się znacznie mniej atrakcyjna ;) To powinno było, jak mi się zdaje, nastąpić w chwili, kiedy zaczęłam być w związku. Ale nie, jakoś teraz dopiero. Wynikałoby z tego, że związek nie potwierdzony podpisem i obrączką jest kompletnie nieistotny, natomiast z chwilą złożenia tego podpisu staje się wtem i nagle ważny i nierozerwalny. No nie wiem, dla mnie osoba zajęta to osoba zajęta, nieważne, czy jest zaręczona, poślubiona, czy też jest tzw. kociołapką. A nawet, wyobraźcie sobie, jeśli ma nieformalnego partnera na drugiej półkuli.

Trzecia ciekawostka dotyczy tego, że nagle słowa „masz męża” stały się odpowiedzią na wszystko. „To fajny facet” – mówię. „Ale ty masz męża!” Mam zły nastrój. „Ale masz męża!” Wyjechałabym gdzieś. „A mąż? Męża masz.” I tak dalej.

Tak, mam męża i – serio – zdaję sobie z tego sprawę. Zauważyłam, pamiętam, rozumiem, czaję, jarzę, kąsam fabułkę. Naprawdę. I jestem bardzo szczęśliwa, że jesteśmy z Kainem małżeństwem.

Tylko, wiecie, jakoś nie uważam, żeby to mnie już do końca życia definiowało. Ani też żeby miało mi wystarczyć na zawsze. To – przepraszam, jeśli komuś rozwieję złudzenia – nie jest tak, że kobieta, która ma męża, nie posiada już w życiu innych ambicji, problemów, planów i sympatii. A jeślibym tak miała, to coś mi się zdaje, że byście mnie nie kochali.

Księżniczką być

Dużo wpisów na blipie taguję „księżniczka”. Na pół ironicznie, bo są to albo kaprysy blondyneczki, albo blipnięcia o tym, jak to mi się paznokieć złamał lub coś zaszkodziło mojej, faktycznie wrażliwej, skórze. Tendencja się jakoś przyjęła i teraz czasem różni ludzie mi księżniczkują, co jest przeurocze, choć na pewno niezdrowe dla mojego rozbuchanego ego. Czymże by jednak była księżniczka bez swojego dworu?

I tu dochodzimy do sedna, a mianowicie do tego, że aby księżniczką być, trzeba mieć po temu możliwości. Słabo się człowiek wczuwa w tę rolę podczas, dajmy na to, malowania ścian, wymiany żarówki, dźwigania zakupów i tak dalej. Nie żeby mój domowy książę był tak od razu pierwszy do wymiany żarówki, ale faktem jest, że odkąd jesteśmy razem, delikatnieję sobie z dnia na dzień. Podział ról jest u nas taki, że to ja jestem od planowania i główkowania, on zaś odciąża mnie w mniejszych, codziennych rzeczach. Fajnie jest mieć kogoś, kto zrobi i poda herbatę, przygotuje kąpiel, przyniesie zakupy, wymasuje plecy… No więc tak siedzę sobie i kapryszę, a dla równowagi mam na głowie całą logistykę. Myślę, że to dość uczciwy podział :)

Niepokojące jest tylko to, że ogromnie się przyzwyczaiłam do tej korony na głowie i jeśli kiedyś będę musiała ją szybko zrzucić – jak nic będzie bolało.

Kości zostały rzucone

Sama uroczystość, cóż, przebiegła po naszemu. Niektórzy nie dotarli na czas, inni wcale, jeszcze inni poruszali się wyłącznie trzymając mamę za nogę… My sami, o dziwo, dotarliśmy z odpowiednim wyprzedzeniem, odpowiednio ubrani, a nawet po śniadaniu.  Stres? No cóż, troszkę nam się trzęsły ręce, ale poza tym Kain na pytania, jak się czuje, odpowiadał, że spać mu się chce, a ja walnęłam przed wyjściem kieliszek cytrynówki i od razu się wyluzowałam. Jakkolwiek muszę przyznać, że większość wizyty w urzędzie pamiętam tak trochę jak przez mgłę. Nie przez cytrynówkę, trunek zacny, ale przez, co tu kryć, lekkie jakby nerwy.

Szczęśliwie żadne z nas nie pomyliło słów przysięgi, założyliśmy sobie obrączki na właściwe palce, nikt się nie potknął, nikt nie powiedział nic głupiego – wręcz nie wiem, jakim cudem się udało. Oraz podobno nasz rodzinny zegar, który od wielu lat nie chodzi, a nawet leży, zaczął tykać około południa. Czuję się pobłogosławiona przez duchy przodków.

Po ślubie zabraliśmy towarzystwo do domu na toast i tort. Zarzucono nas kwiatami i dobrymi życzeniami oraz przygnieciono mnie toną komplementów. Tort i sałatki dość szybko zniknęły bez śladu, ale szampana trochę nam zostawili ;)

W fotograficznym skrócie: