Archiwa tagu: życie Luki

Kontroler

Jakim cudem przez półtora roku od tego wpisu zdążyłam zapomnieć, że jestem control freakiem? Nie mam najbledszego pojęcia. Ponownie doszłam do tego wczoraj po pięciu godzinach kompulsywnego sprzątania, nastawiając chleb na rano i wciąż nie tracąc rozpędu. (Doskonała metoda ukradziona od A. Następnym razem użyję do sprzątania szczoteczki do zębów.)  No cholera mnie trzaska, jak nie kontroluję swojego życia. A umówmy się, że nikt naprawdę nie kontroluje swojego życia. Logicznie rzecz biorąc nie ma więc powodu, żeby na widok zakrętu, którego się nie spodziewałam, dostawać gęsiej skórki ze strachu. Tymczasem, Jezus, Maria, co się dzieje, ja tego  NIE ZAPLANOWAŁAM, nie mam scenariusza i co teraz? Drama!

Nie wiem, skąd mi się to bierze. To znaczy pierwszy z brzegu terapeuta znalazłby pewnie od razu kilka etykietek, ale żadna mnie nie przekonuje (tak, wiem, żarówka musi chcieć się zmienić). Rozważam przyczepienie sobie karteczki na lustrze czy gdzieś: „Keep calm  You control freak” – tak dla przypomnienia, bo rzecz nie tyle w tym, żeby się nie bać nieznanego, co żeby nie dopisywać do tego Bóg wie jakich teorii. Ot, sytuacja nie mieści się w założonym planie, a mnie to stresuje. Proste.

Korzyść jest oczywiście taka, że mam posprzątane, a że troszkę się znów nie wyspałam? Detal, wyśpię się po śmierci. Porządkując natomiast przestrzeń wokół siebie, powoli porządkuję również w głowie. Aż szkoda, że nie mam więcej czasu na szorowanie kuchni i łazienki.


Sorry, że znów enigmatycznie. Obiecuję, że kolejny wpis będzie normalny.

Ach bój się, bój

Strach jest sygnałem, że dzieje się coś niezwykłego. Coś innego niż zawsze, do czego nie przywykłam, czego się nie spodziewałam. Zawsze najbardziej bałam się nieznanego, dlatego przez całe życie obmyślam scenariusze i plany, a jeśli oddaję komuś kontrolę, to tylko pod kontrolą. Nie znoszę zmiany planów, choć jednocześnie nieoczekiwane zwroty akcji powodują przyspieszone bicie serca i radosne wyczekiwanie niespodzianki. Lubię ten dreszczyk. Cóż, to nie nowość, że strach i podniecenie często występują razem i że kręci nas to, czego się boimy. Tylko jedni oglądają horrory, a innym wystarcza życie.

Strach nigdy mnie nie powstrzymywał. Wychodziłam na tym źle albo dobrze, raz salwując się ucieczką z nocnej, dalekiej Pragi w środku zimy, a innym znów razem zyskując piękną przygodę i wspaniałą historię do opowiadania. Albo męża, na przykład. Tym bardziej nigdy mnie nie powstrzymywały ostrzeżenia. Ach, więc mam nie chodzić po tym wysokim krawężniku, bo można spaść? A właśnie, że ja nie spadnę. Więc powiadasz, że powinnam uważać, bo się w tobie zakocham? Ha, nie tacy mi to mówili. Mhm, nie powinnam, bo to niebezpieczne? Just watch me.

Czego się nigdy nie nauczyłam, to analizować swojego strachu. Zauważam drania, mówię sobie: „O, boję się, to ciekawe” – i idę dalej, a on sobie zostaje z tyłu. Zazwyczaj. Bo czasami nie i wtedy zupełnie nie wiem, co począć. Co to za model i kto on jest? O co gościowi chodzi?

Że może tam z przodu jest gęsty, czarny, dziki las i warto by było zawrócić?

Just watch me.

Ślązaki to fajne chłopaki

Na trzydzieste urodziny (czyli w zeszłym roku) dostałam między innymi taki prezent:


W pudełku jest bilet i katalog usług. Zajarałam się jak flota Stannisa. Rany, tyle możliwości! Po przejrzeniu katalogu okazało się, że wybór wcale nie jest trudny. Większość atrakcji to quady, paintball lub strzelnica – w różnych tylko miejscach i opcjach. Średnio mnie to interesowało. Są też skoki na bungee, kula, do której się wchodzi, a następnie toczy (brr), nauka nurkowania i… właśnie. Sporty powietrzne. Wróciło dziecięce marzenie o locie szybowcem. Katalog zawierał jedną taką ofertę, więc poczekałam do kwietnia i zaczęłam załatwiać.

Napisałam maila do firmy. Odpisała mi jakaś zupełnie niezorientowana pani i po ciężkiej dyskusji ustaliła, że mam wysłać jej bilet pocztą, ale nie wiadomo, kiedy będzie można go zrealizować, bo jeszcze nie otworzyli sezonu. Tymczasem nadszedł czwarty miesiąc ciąży (zbliżał się już czerwiec, nim coś ustaliłyśmy) i zaczęłam mieć wątpliwości, czy w ogóle mnie do tego szybowca wpuszczą, zwłaszcza, że chyba trzeba zapiąć jakieś pasy. Mój Vivabox ważny był do 30 czerwca 2013, więc postanowiłam przełożyć całą sprawę na ten rok. I co? I w tym roku doczytałam takie małe literki, które mówią, że obowiązuje katalog ze strony internetowej. A tam, jak się okazało, wcale szybowca już nie było. Były za to motoparalotnie i sedno tej notki – paralotnia. O tu konkretnie.

Początki nie były łatwe, bo też zaczęłam od maila, na którego nikt nie odpisał. Potem kilka razy dzwoniłam, ale nikt nie odbierał. Wreszcie wysłałam SMS-a i Andrzej oddzwonił – sprytnie dzwoniłam zawsze w godzinach lotów, nic dziwnego, że bezskutecznie. Ustaliliśmy termin i zaczęłam planować rodzinną wycieczkę do Gliwic. W międzyczasie okazało się, że z dojazdem jest ciężko i że cała ta impreza razem z noclegiem zaczyna nas kosztować trochę więcej, niż planowaliśmy. Na dodatek Licho było akurat trochę chore. Szczęśliwie okazało się, że pogoda nie sprzyja lotom i przełożyliśmy wszystko na kolejny tydzień, po drodze rewidując plany. Usadziłam Caina z dzieckiem i pojechałam sama.

Sama! Bez dziecka, bez ciągle napiętej uwagi, laba, wakacje, matka na gigancie! Gdy już zwalczyłam lęk separacyjny, znalazłam się samotnie w obcym mieście, obcej restauracji (polecam filię w Gliwicach) przy posiłku, jakiego wcześniej nie jadłam, z zapasem czasu, nie znająca okolicy, błądząca w poszukiwaniu autobusów. Boże, ależ mi było dobrze. W końcu trafiłam na lotnisko i poznałam Andrzeja i Sobka. Bilet przywiozłam ze sobą, wypełniłam pożyczonym długopisem i zostawiłam na miejscu. Lot trwał – bo ja wiem, około pół godziny i wbrew moim oczekiwaniom nie był to lot z wyciągarką, tylko z takim silniczkiem na plecach. Instruktor steruje, ty lecisz z przodu i PATRZYSZ.

Mówiono mi, że paralotniarze to fajne chłopaki i nie przesadzano ani odrobinę. Dawno nie widziałam tak wyluzowanego towarzystwa. Żarty sypały się gęsto, zwłaszcza, że czekaliśmy, aż wiatr trochę osłabnie (jestem za lekka, żeby latać przy silnym wietrze) i pogadaliśmy sobie, siedząc na pasie startowym, obserwując awionetki i machając do helikoptera. Po czym wybiła godzina zero. Oczywiście nie ubrałam się odpowiednio, wyprosiłam więc kombinezon, wpięto mnie gdzie trzeba, poinstruowano i zanim się zorientowałam, byłam w powietrzu. Nawet nie zdążyłam się zestresować. A potem już nie było czasu na stres, gdyż trzeba się było zachwycać.

Bycie w powietrzu jest jak… Nie, nie da się tego do niczego porównać, po prostu latasz. Lecisz. Unosisz się i widzisz wszystko z góry, bardzo, bardzo wyraźnie (pogoda sprzyjała). Drzewa, domy, pola, ludzi, zające. Śmietnik (dzięki, Sobek, to była przygoda mojego życia, a Ty mi pokazałeś śmietnik, zapamiętam to na zawsze!). Lecisz prosto w zachód słońca i w ogóle. Tego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć. Zrobiłam kilka zdjęć, ale one nic nie oddają. Zresztą zapomniałam aparatu i miałam tylko komórkę bez sznurka, szybko więc ją schowałam i zajęłam się rozkoszowaniem.

Po czym (właściwie to przed czym) okazało się, że nie mam czym wrócić. Byłam umówiona z gościem z carpooling.pl, ale coś mu nie wyszło i stanęłam wobec perspektywy czekania na pociąg do 1.00 i powrotu co najmniej pięć godzin później, niż planowałam, gdy tymczasem ze względu na Licho musiałam być wcześniej. I co, co zrobili kochani chłopcy* z lotniska? No więc Andrzej zadzwonił po Szwagra do towarzystwa i obiecał zabrać mnie do Katowic, skąd przed północą startował bus do Warszawy. Zabrać na motocyklu. Wow.

Czy się zgodziłam, żeby dwóch obcych facetów wiozło mnie na motorach z jednego obcego miasta do drugiego? No helou, znacie mnie. Jasne że tak. Pojechaliśmy więc samochodem pod garaż, a zanim z niego wyszłam ubrana w pożyczoną skórę, obok zatrzymał się Szwagier i, zdejmując kask, spytał:
– No, gdzie ten towar?
– Tutaj – powiedziałam, rozbawiona, i z satysfakcją stwierdzam, że od lat nie widziałam takiej zmieszanej miny. Pozdro, Mirku, musiałam to opowiedzieć.

A potem pojechaliśmy i już wiem, dlaczego lepiej być kierowcą niż pasażerem, a także dlaczego, jadąc we dwoje, nie powinno się przekraczać pewnej prędkości. Myślałam, że mi głowa odpadnie, omal nie zgniotłam Andrzeja, kurczowo się go trzymając i przy hamowaniu notorycznie stukałam kaskiem w jego kask. Strzelam, że miał w życiu wygodniejsze pasażerki. Ale było bosko, druga przygoda życia tego samego dnia, bo nigdy wcześniej nie jeździłam (mama mnie zabije). Czułam się trochę jak mała dziewczynka: trzeba schować się za plecami kierowcy, trzymać się go i ufać, że wie, co robi. Niestety nie mam zdjęcia na motorze, ciemno już było, a mi padała komórka. Na koniec poszliśmy na kolację, którą panowie chcieli mi postawić, ale się wybroniłam. Bez przesady, tyle dobra i jeszcze chcą mi stawiać jedzenie! Przed północą, jak Kopciuszka, odprowadzono mnie do autobusu, w którym prawie natychmiast zasnęłam.

Było BOSKO. Po pierwsze – pierwszy lot (czuję, że nie ostatni), WOW, coś niesamowitego. Po drugie – przejażdżka, która zdecydowanie dodała temu wyjazdowi adrenaliny. Po trzecie – samotna podróż, uwielbiam. I po czwarte całkowity reset mózgu, upragniona odskocznia, i to zupełnie inna, niż zazwyczaj.

Na deser macie zdjęcia i kilka dialogów:

– Jaki mamy plan? Bo ja to bym chętnie znalazła jakąś łazienkę.
– Całe lotnisko masz, idź tam w trawę. Nauczyć cię, co masz tam robić?
(Następuje pięć minut męskich żartów o trawie, potrzebach fizjologicznych i pokazywaniu, których wysłuchuję cierpliwie, kończąc bezpośrednią informacją, że mój problem dotyczy nadmiarów mleka. Z przyjemnością odnotowałam, że nikogo to nie speszyło, a nawet udostępniono mi samochód w ramach ustronnego miejsca.)

– Pani przyjechała aż z Warszawy, żeby ją przelecieć.
– To w Warszawie nie przelatują?
– Cóż, wie pan, przyjechałam do najlepszych.

– Wie pani, że jak nie przestanie tak wiać, to będziemy musieli panią wszyscy trzej przelecieć?
– Jak mus to mus. Ale zmieścimy się w czasie trwania usługi?

– Tak słucham tych twoich anegdot i wiem, że jutro usiądziesz z jakimiś ludźmi i powiesz: „Słuchajcie, jaką wczoraj miałem klientkę!”
– No i? Sprawiedliwie. Ty wyjeżdżasz z historią na bloga, my zostajemy z historią o klientce.

Sprawiedliwie, to prawda :)


*) mniejsza o metrykę!

1010258_663361470343951_1972543072_n

1010917_663363770343721_324658044_n

1012111_663362183677213_1981468115_n

954839_663361970343901_1020708706_n

969954_663363470343751_1275951810_n

988627_663363190343779_2014523599_n

1017491_663362380343860_1055430501_n

Marta, Ula, Darek, Vieta – DZIĘKI, jesteście najlepsi! <3

Jeszcze raz link do strony Andrzeja. Polecam z zastrzeżeniem, że to kompletni wariaci!

Mamą być

Jestem mamą od tygodnia. Lubię to. Lubię zajmować się naszą córeczką, karmić ją, patrzeć na nią i przytulać. Kiedy zasypia mi na rękach, nie mam serca jej odłożyć. Lubię też to, że mam urlop, żeby zajmować się tylko nią.

Poród jest szokiem – mówili i mieli rację. Dla organizmu znaczy. Byłam słaba jak kocię i gdyby nie adrenalina, nie dałabym rady opiekować się małą. Teraz już jest lepiej. Czuję się i wyglądam nieźle, o ile, oczywiście, pominąć wiecznie opuchnięte oczy ;) Od znieczulenia i od pochylania się nad młodą bolą mnie plecy, a większa aktywność domowa powoduje zawroty głowy, ale to wszystko w normie i generalnie jest spoko.

Mam mnóstwo chwil, kiedy mam zajęte obie ręce i wolną głowę. Układam wtedy notki na blogi, np. tę ułożyłam wczoraj i zanim zdołałam usiąść i ją napisać, wszystko zapomniałam. A przysięgam, że nie miała być taka nudna. Jednak, co tu kryć, w moim życiu obecnie dzieją się rzeczy dość dla postronnych monotonne. Cała jestem z moją małą rodziną i nic innego mnie w zasadzie nie interesuje. Ot, kupuję przez internet świąteczne prezenty, stopniowo ogarniam sprawy do załatwienia, walczę z ZUS-em, który uparł się weryfikować, czy aby na pewno pracowałam. Z tej okazji podejrzewam, że kasa przyjdzie około 20. grudnia, co odrobinkę utrudnia mi upłynnianie środków na Allegro.

Dziś zostawiłam Licho jej ojcu i wyprawiłam się zobaczyć śnieg. Kilka minut spaceru po podwórku. Bardzo ślicznie jest. Potem zrobiłam to, tamto i owo, i teraz mi słabo oraz gubię wątek. Cain jest fantastyczny, urodzony tata. Kocha, wspiera, ogarnia, kołysze, przewija i masuje. Nie wiem, co to będzie, jak mu się skończy urlop.

 

 

Praha 2.0, czyli ostatni romantyczny wypad we dwoje

Dziewięć godzin w pociągu to oczywiście nie jest bułka z masłem nawet dla „normalnego” człowieka, a co dopiero dla ciężarówki. Ale daliśmy radę i w sobotę wieczorem wylądowaliśmy w czeskiej Pradze. Najtrudniejsze okazało się wyjście z dworca ;P Potem już poszło gładko, choć pod górkę. Hostel zarezerwowała nam Izu i uprzedziła, że nie mówimy po czesku. Nie było to najmniejszym problemem, bo cała obsługa swobodnie porozumiewała się po angielsku. Ja, o dziwo, zmuszona okolicznościami też się bez problemu porozumiewałam i od tego momentu stałam się lingwistycznym przewodnikiem wycieczki. Znajomość angielskiego nie jest jednak w Czechach szczególnie powszechna, więc w knajpach mówiłam przedziwną mieszanką czeskiego, polskiego i angielskiego. Jakimś cudem wszędzie udało nam się zamówić mniej więcej to, o co nam chodziło – tylko raz dostałam małe ziemniaczane kluseczki z boczkiem, które na podstawie menu wydawały mi się pierogami z kozim serem. Znaczy ser też tam był, gdzieś pod tą sutą okrasą.

Przewodnikiem geograficznym został Cain. Świadomi cen roamingu danych przygotowaliśmy – znaczy Cain przygotował – zawczasu mapę z zaznaczonymi kluczowymi punktami (tu śpimy, tu jemy śniadanie, tu odbieramy bilety, tu balujemy na koncercie), żeby nie korzystać z aplikacji mapowych. Sama zginęłabym z tą mapką sto razy, bo bez kompasu nigdy nie wiem, jak strony mapy mają się do stron świata. Bardzo było miło w chwilach zmęczenia pozwolić się zaprowadzić za łapkę prosto do ciepłego pokoju. Poza prowadzaniem mnie za łapkę mój mąż robił dużo zdjęć i testował ciemne piwa w kolejnych knajpach. Wśród czeskich wygrał (ponownie) Kozel, ale przebija go Belgijski Leffe. Ja skusiłam się na jakieś bezalkoholowe – było ohydne. Prócz tego obżeraliśmy się smażonym serem i innymi niezdrowymi rzeczami, udzieliwszy sobie weekendowej dyspensy od diety.

Koncert Amandy Palmer był niesamowity. Znalazłam sobie miłe miejsce na galerii, blisko sceny, gdzie mogłam siedzieć na podłodze i nikt mnie nie deptał. Cain cykał foty jedna za drugą (wszystkie nieostre), a ja chłonęłam show. Młoda troszkę się przestraszyła hałasu, ale dała radę, zapewne oszołomiona endorfinami matki.

Wróciliśmy we wtorek i po jednym dniu pracy z przyjemnością celebrujemy długi weekend. Ja z tym większą, że od poniedziałku przechodzę całkowicie w tryb pracy zdalnej. Dziś w planach kolejna sesja zdjęciowa Brzucha, a w ogóle mnóstwo spotkań, imprez i zobowiązań – ale nie mam ciśnienia. Tyję. Puchnę. Odpoczywam.

W oczekiwaniu na śniadanie

Uff, bilety odebrane

Słońce wyszło!

Stary, daj łyka

Odjazd

Kontrola

Lubię mieć kontrolę.

Lubię mieć wszystko zaplanowane. Najlepiej z dużym wyprzedzeniem. Lubię wiedzieć, kiedy coś się wydarzy i co może z tego wyniknąć. W życiu zawodowym robię sobie listy „to do”, w rodzinnym – listy zakupów i kalendarze, w uczuciowym – wyobrażam sobie każdą możliwą opcję i zazwyczaj jestem na nią gotowa. Kiedy mam wiedzę i plan, czuję się bezpieczna – mam poczucie, że wszystko będzie ok, nawet, jeśli nie całkiem zgodnie z tym planem, bo, umówmy się, plany sobie, a życie sobie. Ale ogólny zarys zwykle się zgadza – i o to chodzi.

Zupełnie nie wyobrażam sobie puszczenia wszystkiego „na żywioł”. Ważne pozycje w budżecie planuję czasem na kilka miesięcy do przodu, imprezy – na kilka tygodni, wielkie zmiany – czasem z kilkuletnim wyprzedzeniem. Oczywiście najlepsze rzeczy zdarzają się zawsze bez planu, ale dzięki temu, że reszta jest zaplanowana – łatwiej w razie czego wprowadzić rewolucję.

Strasznie się wkurzam, kiedy te moje plany ktoś lub coś mi zmienia. Odwołane spotkanie, choroba, brak kasy, różne rzeczy, w wyniku których coś nie wypali wtedy, kiedy miało wypalić – doprowadzają mnie do szału. Tłumaczę to sobie brakiem czasu – jeśli coś mi nie wypali w zaplanowanym terminie, w konsekwencji muszę poprzestawiać wszystko inne, żeby znaleźć inny termin, lub całkiem z tego czegoś zrezygnować. Fuj, nie lubię. Ale może chodzi właśnie o kontrolę? O poczucie, że coś, co JA ZAPLANOWAŁAM, wyjęto mi z rąk i popsuto?

Jednocześnie uwielbiam tę kontrolę oddawać. Porwij mnie i wywieź gdzieś, gdzie nigdy nie byłam; zaplanuj mi weekend, wybierz za mnie trasy wycieczek. Albo przejmij domowy budżet, płacenie rachunków, decydowanie, co trzeba kupić, kiedy do kogo idziemy. Zabierz mi planowanie, organizowanie, ogarnianie, nakaż nie kłopotać tym mojej ślicznej główki – w sekundę oddam całą odpowiedzialność, żądając w zamian tylko wiedzy, o której godzinie w co mam być ubrana.

Oczywiście pod warunkiem, że mam do ciebie wystarczające zaufanie (że nie zapomnisz, nie spieprzysz, nie spóźnisz się z opłatą, nie zgubisz biletu). Taki tam haczyk.

Motyle

Motyle w brzuchu – to bardzo trafne określenie tego, co się czuje, kiedy dziecko rośnie i zaczyna się wiercić. Coś tam bulgocze, coś się porusza i czasem nie wiem, czy burczy mi w brzuchu, czy to czyjś łokieć. Co bardziej zamaszyste ruchy Delfinka powodują podskakiwanie brzucha, lekkie uderzenia od środka czuję całkiem często. Natomiast kiedy ktoś położy na moim brzuchu dłoń, małe uspokaja się lub cofa. Kiedy jest to dłoń Caina, czuję, że dziecko staje się spokojne; zaczyna harcować natychmiast, kiedy on tę rękę zabierze, jakby gwałtownie się rozglądało, gdzie się podziało to miłe źródło ciepła. Czasem odpowie na zaczepkę, na lekkie stukanie. Z drugiej strony, niekiedy przepychamy się przez brzuch, bo chcę na przykład usunąć piętę z miejsca, w którym mnie ona uwiera – zazwyczaj pięta zostaje zabrana. Przypuszczam, że do czasu.

Jestem ogromnie zmęczona. Praca podstawowa i dodatkowa, szukanie mieszkania, pokazywanie naszego potencjalnym lokatorom, lekarze, spotkania i nie wiem, co jeszcze nie zostawiają mi czasu na odpoczynek ani na spacery, na które bardzo powinnam zacząć chodzić. Powinnam, bo mało się ruszam, nie dotleniam się, a nogi już zaczynają boleć od pracy siedzącej (początki choroby krążeniowej, jeszcze z pracy w sklepie). Spacer pomaga – w środę chodziłam półtorej godziny i wróciłam z bólem kręgosłupa, ale do rana  przeszedł bez śladu, a w nagrodę przez trzy kolejne dni nogi nie bolały mnie ani razu. Dopiero teraz zaczynają.

Tak więc trzeba znaleźć czas na spacery, na odpoczynek, na więcej snu, a także na porządne gotowanie, bo, powiedzmy sobie szczerze, jem byle co – głównie kanapki. Ale na początku tygodnia kupujemy sokowirówkę – będę robić soki z owoców i warzyw, zwłaszcza z buraków z natką pietruszki (żelazo). Podejrzewam, że to będzie dość ohydne, ale za to wiem, że skuteczne – moja siostra wyciągnęła się w ten sposób z anemii. Polecam każdemu.

Tymczasem od środy mam urlop, niezbyt długi, ale obiecujący, gdyż w czwartek zaczyna się Woodstock! Nie zamierzam się przesadnie przemęczać, być może nawet będę tylko leżeć, spacerować i jeść. Aha, no i robić zakupy. Przypomnijcie mi, że potrzebuję nowych, czarno-czerwonych kolczyków ;)

Rubryka strat i zysków

Miało być o tym, co mnie zasmuca, ale skasowałam. Będzie za to o meblach.

Wywaliliśmy fotel, bo zdałam sobie sprawę, że od dawna służył wyłącznie kotom, co samo w sobie nie jest oczywiście grzechem, ale niestety służył im niekiedy jako zapasowa kuweta, kiedy ta podstawowa wydawała im się zbyt brudna. Albo kiedy coś je wkurzyło. Ponieważ poduszki ze sztucznej waty, czy co to tam było, można prać jednak tylko ograniczoną ilość razy i z czasem jest to coraz bardziej upierdliwe, parę dni temu wróciłam do domu, zobaczyłam plamę na fotelu, spojrzałam na zegarek (10 minut do wizyty potencjalnego najemcy), powiedziałam na głos do siebie: „Dość, kurwa” i zamiast do pralki, wrzuciłam pokrycie do kosza na śmieci. A nazajutrz rozkręciłam stelaż, wynieśliśmy go na śmietnik i tyle.

Po kawałku wywalamy też ramę od łóżka, tę, co pękła w maju i wtedy materac rozbił mi głowę. Rama leżała sobie w częściach na podłodze i na szafie, czekając, aż się ogarnę i sprawdzę, czy w IKEA nie mają tej jednej deski, która nam potrzebna. No to się ogarnęłam i zarządziłam wyrzucenie. Z czasem rozważę banicję materaca, bo mi sprężyny wchodzą w różne miejsca. Co prawda materac ma dziesięć lat gwarancji, ale oczywiście zgubiłam paragon (a jeśli go znajdę, to jak nic okaże się, że jest nie do odczytania po 3 latach) a poza tym szczerze mierzi mnie myśl o organizowaniu człowieka z samochodem, ładowaniu tej kobyły na dachowy bagażnik, wiezieniu do IKEA, wleczeniu do hali, żeby się na przykład dowiedzieć, że nie uwzględnią. Albo żebym za dwa tygodnie odebrała (i znowu żebranie po ludziach o podwózkę i siłę roboczą). Fuj.

Po stronie plusów mamy przyobiecane łóżeczko dla Delfinka, dwie komody na ubranka i wózek-parasolkę. Pewnie, że można kupić, ale skoro są?

Poza tym zrobiłam porządki w ciuchach i, o dziwo, okazało się, że w prawie połowę się mieszczę. Jeszcze. Te za małe wcisnęłam na najniższą półkę i zamierzam schylić się do niej jeszcze tylko raz – przy przeprowadzce, kiedy to wrzucę je do kartonu i nie wyjmę aż do zimy.

A jutro wieczorem podglądanie dziecka i może się dowiemy wreszcie, czy jest nią, czy nim. Stay tuned.

Nie spać, pisać

Muszę pisać na blogu, powinnam się przymuszać, lekce sobie ważąc zmęczenie i senność. Muszę, bo na co dzień piszę hasła i krótkie posty, i myśl moja zaczyna zbyt często zawierać się w kilkudziesięciu znakach. A przecież nie tak miało być i wciąż nie tracę nadziei, że pewnego dnia, ot – usiądę i napiszę powieść. Niekiedy, jadąc autobusem, układam w głowie krótkie opowiadania o Pradze lub fragmenty sagi rodzinnej, czy raczej czegoś w rodzaju memuarów, co u nas (u nas w rodzinie) trochę na jedno wychodzi. Potem wysiadam i zajmuję się innymi sprawami. Po pracy mam zmęczone plecy, ręce i głowę, ale to żadne wytłumaczenie, skoro i tak siadam do fejsa, jak tylko zdejmę buty i naleję sobie wody.

Porzuciłam moich starych klientów, żeby nie pracować ponad 8 godzin dziennie. Dopuszczam tylko malutkie wyjątki po znajomości. Brzuch ma swoje prawa i domaga się ich nieubłaganie: jedzenie co dwie godziny, cień, sen. Mózg, gdy przeciążony, wyłącza się sam bez uprzedzenia. Trudno, widać musi; czuję się dobrze, nadspodziewanie dobrze jak na moją dość żałosną kondycję (od dziecka, ten typ tak ma), no ale jednak natura wie swoje i swoje robi, a ja nie należę do umartwiających się super-kobiet „ducha wyzionę, a wszystko zrobię”. Toteż za moimi plecami piętrzy się pół góry naczyń (połowę pozmywał Cain), odkurzacz siedzi w szafie i udaje, że go nie ma, torba podróżna jest prawie rozpakowana po weekendzie, ale prawie robi różnicę, wanna z lekka obrasta. Za to jeszcze ani razu nie zemdlałam, powoli tyję i jestem zadowolona z życia. W nagrodę za pierwszą pensję z nowej pracy kupiłam sobie komplet bielizny, niestety jest na styk. Cóż, za miesiąc będę musiała kupić następny ;)

Cain jest cudowny. Myślę, że powinno się go sklonować i rozdawać innym kobietom w ciąży w charakterze męża idealnego. Odkąd jestem mniej aktywna, przejmuje domowe sprawy, bierze na siebie rzeczy, przy których ja siadam i rozpaczam; kiedy trzeba, zmusza mnie do wzięcia się w garść, kiedy trzeba, pozwala wylać nadmiar emocji w mężowską klatę. Jest niebywale elastyczny i w przeciwieństwie do mnie nie planuje życia na zapas, lecz dopasowuje się do zastanej sytuacji. Doskonale rozumiem, dlaczego tak dobrze radzi sobie w każdej pracy. Naprawdę, ten człowiek ma skille, jakich nawet nie podejrzewałam.

Jak te ślimaki się rozbiegły, to był dosłownie moment

Kolejny tydzień śmignął mi koło nosa, nie wiem, kiedy. Trochę nie dziwne, gdyż od 9 do 17 jadę pełną parą, a potem albo kontynuuję, albo padam na twarz. Zależnie od ilości obowiązków pozasłużbowych. Praca jest zajebista, robię fajne rzeczy, uczę się dużo i chwalą mnie. Póki co zostaję więc w Socializerze, firmie rozwijającej się szybciej, niż ludzki zarodek (naprawdę robią wrażenie).

———————————–

Właśnie poszłam na pół godziny na Golden Line aktualizować profil i kompletnie zapomniałam, że pisałam notkę. Tak to mniej więcej teraz u mnie wygląda: koncentracja motylka, sto rzeczy na raz, dziury w mózgu i zapominanie. Np. od trzech tygodni zapominam sobie zrobić badania, a właściwie nabyć stosowny pojemniczek jałowy, i WTEM! jest czwartek wieczorem, ja nadal nie mam pojemniczka, wyjeżdżam na weekend, a wizyta u lekarza – z wynikami, a jakże – w poniedziałek o ósmej czterdzieści rano. I trochę nie wiem, co teraz.

Zapominam też, który to właściwie tydzień. Chyba ośmnasty, ale nie przysięgnę. Z Kainem w każdym tygodniu czytamy sobie z internetów, co też tam przyszły potomek akurat wyczynia w brzuchu. Piszą, że może niedługo zacznie rozrabiać wystarczająco, żeby matka się zorientowała. Ja chętnie, gdyż doskwiera mi brak kontaktu. Nuda taka, nic się nie dzieje, tylko tu sobie człowiek czegoś zapomni, tam zasłabnie, ówdzie w spodnie się nie zmieści. Ale zero gratyfikacji, a ja nie lubię czekać :)

Poza tym nadal nie mam za bardzo siły, czasu i chęci na ludzi. Jak już nie mam co robić po południu, to bym sobie pospała, albo choć odpoczęła. Albo na spacer poszła. W grudniu ocknę się bez znajomych i będę łkać, niemowlęciu do wtóru. Ale w zeszły weekend byliśmy na działce – ognisko, pływanie, słońce, grill – a jutro jedziemy razem do Miasta Na K, żeby oblewać urodziny Suchego. Jak mi znów zamkną toaletę w busie, to zrobię im jesień średniowiecza.